Przejdź do głównej zawartości

Pamiątki z podróży

 Chyba się starzeję... kiedy byłam młodsza, właściwie nigdy ze swoich podróży nie przywoziłam pamiątek, wystarczały mi przeżycia , doznania, wspomnienia. Od kilku lat wpadłam w jakiś szał kupowania ciekawych, miejscowych produktów, w dodatku zwykle nie tylko dla siebie, ale też dla dzieci, całej szóstki ( rodzone i wżenione).
Tym razem zakupy zaczęłam od sarongów....ech, są cudowne, bo to właściwie prostokątna płachta materiału, po złożeniu mieści się do torebki, a można wykorzystać to jako spódnicę, sukienkę, chustę, szal, narzutkę, właściwie tylko wyobraźnia  nas ogranicza.

Kupiłam tych sarongów cztery, ale został mi tylko jeden, pozostałe oddałam moim dziewczynom. Bardzo żałuję, że nie nabyłam ich więcej, jeśli jeszcze kiedyś będę w tej strefie kulturowej, to pewnie przywiozę ich więcej.
Mój jest taki, pozuje oczywiście Melinda:



Pozostałe były w kolorze czerwonym, granatowym i błękitnym - a wybierać mogłam z całej palety barw, wzorów, również gatunków tkanin. Ten jest bawełniany, ale były też jedwabne oraz bardzo cieniutkie, coś jak muślin.
Po złożeniu zajmuje tylko tyle miejsca:


Pamiątka z podróży numer 2 wygląda tak:


No tu już nie zaszalałam i samolubnie kupiłam to cudo tylko dla siebie. Torebka nie jest duża, ten łańcuszek też jest dość krótki, ale za to całość swoje waży...  
Do środka zmieści się niezbyt duży portfel, chusteczki, telefon i klucze - do wieczorowej sukienki będzie w sam raz:


Oprócz tego napakowałam walizkę różnego rodzaju kawą, w tym najsłynniejszą i najdroższą kawą świata  kopi luwak, ale o tym napiszę może innym razem. Bo zainspirowana jednym z poprzednich postów Jotki, idę upiec jeżynowe crumble.

Komentarze

  1. Chusta bardziej skradła mi serce niż torebka. No i uwielbiam Melindę ;D. Ja staram się zwykle coś kupić w podróży na pamiątkę, ale czasem wystarczają mi jedynie zdjęcia. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nie udało mi się łądnie sfotografować torebki, ale nie ukrywam, że i mnie sarong podoba się bardzo. Czy bardzie, to chyba nie, to zupełnie inna jakośc, sarong jest z gatunku codziennych, torebka tylko na wielkie wyjście, ale kto wie... A Melindę też lubię, wczoraj biegałam po całym domu z nią pod pachą, żeby znaleźc jakieś światło do zdjęc...

      Usuń
    2. ;) Torebka też jest urocza, ale właśnie na jakieś wielkie wyjście, a ja wolę coś, co mogę na co dzień nosić, dlatego sarong bardziej ;).

      Usuń
    3. A ja właśnie kombinuję, czy się w ogóle odważę w nim wyjść poza plażą:)

      Usuń
  2. Pamiątki piękne i jednocześnie do wykorzystania przy różnych okazjach, no i prezentacja urocza.
    Smacznego deseru :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, w końcu dopiero dziś będę piekła, jakoś nie wyszło z czasem. Mam nadzieję, że odważe się gdzieś to założyć:)

      Usuń
  3. Anno, również nie oparłabym się takim pamiątkom. Nie lubię bezużytecznych bibelotów, które kurzą się na potęgę, stojąc na półce. Ale ciekawa odzież, torebka, czemu nie? Piękne.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. JA nie mogłam się oprzeć tej torebce. Byliśmy w zakładzie, gdzie produkują różne srebrne ozdoby, i obok była galeria ich wyrobów. Jak zobaczyłam te torebki...ech.... szczękę zbierałam z podłogi po prostu, takie były piękne, miałam kłopot sobie wybrać...

      Usuń
  4. Torebeczka jest przednia . Bardzo mi się podoba. Dobra kawa wypita w ładnym sarongu to jak najbardziej przyjemna sprawa :) Jednym słowem pomysł z takimi pamiątkami udany i pozwoli na wielokrotne przywoływanie wspaniałych wspomnień z odbytej wyprawy .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie tak to działa. Człek wyciąga coś sobie z szafy, ekspres już syczy... przymykam oczy i przenoszę się w czasie... i zaczyna działać taka dziwna magia - niby chcę tam wrócić, a z drugiej strony mówię sobie, że jest jeszcze tyle miejsc, gdzie nie byłam...

      Usuń
    2. i tak właśnie jest super ...

      Usuń
    3. I wiesz, mimo, iż niedawno pisałam ci o ptakach zamiast muzyki, w takich chwilach zwykle słyszę jakiś stosowny utwór... takie tło tego miejsca... przeszłego lub przyszłego...

      Usuń
  5. Nie ma co sobie żałować pamiątek. Wspomnienia wspomnieniami, ale czasami miło potrzymać chociażby breloczek z jakiegoś innego miasta :)
    Bardzo fajne rzeczy sobie kupiłaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jedyny problem to taki, że ja się przywiązuję do rzeczy bardzo, i jak potem takie ewentualne braloczki czy magnesy czy inne czary-marypo prostu wyrzucić, gdy przyjdzie ich czas? A na przykład wino się wypije, serek zje...

      Usuń
  6. Obie rzeczy urocze! Pierwsza wydaje się bardzo funkcjonalna, a druga jeet śliczna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, w dodatku dla mnie pierwsza tez jest śliczna, a druga funkcjonalna:):), jak żałuję, że jej nie miałam na niedawne wesele syna!

      Usuń
  7. Ciekawe okazy. Jest co oglądać i czym się cieszyć :)
    Pozdrowienia ślę, Anno :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę tak się czuję, bo nieustannie je komuś okazuję, i nieustannie się nimi cieszę:)

      Usuń
  8. Witaj, Anno.

    Sarong uroczy :)
    Torebka z klimatem :)

    A ja właśnie zawsze miałam słabość do takich pamiątek. Ale nabywałam je tylko jeżdżąc prywatnie, do kogoś, kto wiedział, gdzie najlepiej i... najtaniej :)
    Z wycieczkowych podróży to raczej ostrożnie i rozważnie, choć zdarzało się, że pokusa bywała silniejsza od rozsądku :)

    Pozdrawiam :)
    Lena Sadowska.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zwykle zaprzyjaźniam się z lokalnym przewodnikiem, który zwykle z przyjemnością pokazuje znacznie więcej, niż w programie wycieczki. No również sklepiki, być może siostry żony sąsiada, ale mi to nie przeszkadza, niech zarobią znajomi... bo na przykład na plaży zdzierają z turystów koszmarnie, sto metrów dalej ceny są nadal wysokie, ale już znacznie znośniejsze.

      Usuń
  9. A wiesz, u mnie odwrotnie, jak byłam młoda to zwoziłam pamiątki a teraz jakoś mniej.
    Pamiątki masz super, torebusia urocza. Serdecznie pozdrawiam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo każdy jest inny, mnie ta pamiątkowa mania dopadła dopiero teraz. Ciekawe, czy mi się znudzi:)

      Usuń
  10. Wow! Super piękne obie! Tylko znów za szybko, bo zmusiłaś mnie do myślenia poprzednim komentarzem do komentarza, żeby robić coś, bo sprawia przyjemność... Nie wiem, czy to nie jest na oddzielny, wielki, blogowy post. Bo, cholera, gdzie znaleźć złoty środek między tym, co nie sprawia nam przyjemności a tym, co sprawia innym? Bo ja rozumiem: poświęcić się i iść do filharmonii, ale poświęcić się i iść do klubu? To przykład ad hoc, ale... No właśnie. Jak bardzo my musimy czegoś nie lubić, żeby nie złamać się. Bo wesela (wesela, dosłownie: wesela) dla rodziców bym nie robiła jednak, bez przesady. Za dużo poświęcenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tam za szybko. Z tym robieniem komuś przyjemności, czy raczej robieniem czegoś, by inny dobrze się poczuł, to najzabawniejsze jest to, że potem często okazuje się, że to coś po prostu jest całkiem przyjemne... nie, żebym namawiała cie na wesele, ale coś w tym jest.

      Usuń
  11. A u mnie jest odwrotnie. Kiedyś kupowałam pamiątki, aż w końcu dom zaczął wyglądać jak azjatycko-afrykański bazar :) Przeprowadzka mnie nieco zweryfikowała i teraz wolę przywieźć coś mniej pamiątkowego, ale bardziej użytecznego - w tym roku sarong (pierwszy w życiu, bo jakoś nie miałam przekonania) i oryginalny wisiorek (bardzo lubię biżuterię). Ale na Twoją torebkę też bym się skusiła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Często przywożę sobie biżuterię, i do tej pracowni srebra weszłam właśnie z zamiarem nabycia jakiegoś lokalnego wyrobu tego typu. A że wyrób okazał się srebrną torebką, a nie wisiorkiem czy bransoletką...
      A sarongi kręciły mnie od czasów studiów ( a więc wieki temu), gdy pierwszy raz przeczytałam "Króla szczurów", tam pod koniec jest scena, gdy pada hasło o noszeniu przez mężczyzn spódnic - a bohater odpowiada ze spokojem: to nie jest spódnica, to sarong...

      Usuń
    2. Mnie mój sarong skusił urodą materiału, a dopiero później odkryłam jego możliwości :), a nawet je rozwinęłam (bo posłużył mi również na plaży jako mata do jogi) :) Pozdrowienia.

      Usuń
    3. Joga... może się w końcu zapiszę... coś muszę. Najchętniej bym się zapisała na taniec brzucha, ale u mnie w mieście nie ma.

      Usuń
  12. Fajne i praktyczne pamiątki. A ja tak mam od zawsze, że bez względu gdzie jesteśmy, to muszę zakupić jakąś pamiątkę, nie zawsze jest ona tak przemyślana jak Twoje. Czasem jest to tylko kolejny stojący duperel, który tylko zabiera miejsce i kurz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja sądziłam, że moja pamiątko-mania to oznaka , że się starzeję... a tu proszę, bardzo wiele osób zawsze coś przywozi z podróży:)

      Usuń
    2. Uwielbiam wszelkie dzindzibołki, a jako rasowa sroka im bardziej kolorowe i błyszczące tym fajniejsze ;) Nie umiem przejść obojętnie koło sklepów, czy kramów pełnych różności, a wiadomo za granicą zawsze znajdzie się coś ciekawego i innego niż nasze. Mam tych pamiątek dość sporo, więc od jakiegoś czasu chowam je w jednym pudle na strychu, szkoda mi było je wyrzucić, bo ma o nich sentyment, a denerwowało mnie to ciągłe ich przestawianie podczas sprzątania.

      Usuń
    3. W sumie to po zastanowieniu odkryłam, że trochę różności też mam, ale najczęściej są to ulotki, jakieś drobiazgi związane z oglądanymi miejscami ( naklejki, zakładki), i też to trzymam w pudełku.

      Usuń
  13. Sarong bardzo ładny i można go nosić na wiele sposobów. Torebka faktycznie wygląda na troszkę ciężką, ale myślę, że warto było ją kupić. Bardzo oryginalna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No swoje waży, to srebrna blacha jest:)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

ART - DZIKUSKI CAVALLIEGO - CAVALLI'S WILDINGS

Jest poniedziałek, to jest wyzwanie - przyznam, że dziś jak dla mnie najtrudniejsze z dotychczasowych. No bo z czym kojarzą się dzikuski Cavalliego? Dla siebie samej i dla moich mniej zainteresowanych modą czytelniczek i czytelników - krótka informacja:

Roberto Cavalli urodził się w 1940 roku we Florencji. Swoją pierwszą kolekcję zaprezentował w paryskim salonie Prêt-à-Porter w roku 1970. Pierwszy butik otworzył w 1972 r. w kurorcie gwiazd - Saint Tropez i od razu zdobył serca bogatej klienteli pełnymi przepychu kreacjami.
Kolejne sklepy otwarte w Wenecji, Paryżu, Nowym Jorku, Mediolanie, we Florencji, na Capri czy w Dubaju cieszyły się od początku swojego istnienia wielkim powodzeniem. Na początku lat 70. Cavalli opracował rewolucyjną metodę umieszczania nadruków na skórze i zaczął wytwarzać patchworkowe akcesoria.Jego znakiem rozpoznawczym od początku były   zwierzęce wzory - cętki, panterka i paski zebry. Projektant łączy je z żywymi, jaskrawymi kolorami i złotem. No i poczułam, że …

Zimowy kapelusz - Winter Hat

DREAM TEAM CHALLENGE



#dreamteamchallenge#dreamteam#zimowykapelusz#winterhat


#dreamteamchallengekapeluszzimawinterhat


No tak.... w ciągu ostatnich dwóch lat poznałam mnóstwo wspaniałych pań, kobiet, dziewczyn.... jak zwał, tak zwał, ale wspaniałych osób kochających modę i ciuchy. Ja tu sobie w kąciku cichutko za Melindą się chowam, a tam wszędzie pięknie. Na tyle pięknie , na tyle wspaniale, że zapragnęłam zrobić co jakiś czas to samo, co niektóre z tych wspaniałych dziewczyn. Post  w określonym dniu o określonej w tytule tematyce - pod egidą DREAM TEAM.

Tylko jest jeden kłopot - jestem z tych, co zimą z gołą głową. Tak, wiem, niezdrowo, narażam się na choroby, łysienie, tracę ciepło przez głowę, zaraz będę jeszcze starsza niż jest i w ogóle samo zło. I zaczęłam w głowie szukać, co ja z tą zimową głową mam. I odkryłam, że jednak coś mam :):):).
Coś, a nawet trzy cosie, wobec tego startuję z tym zimowym kapeluszem.

1. Co jest zimą? Zimno. A co jest jak jest zimno? Śnieg. A jeśli śnieg, to…

Rodzinne pamiątki

Ten post dedykuję Margot z bloga http://iameverywoman.eu - ona już kilka razy napisała o tym, co w moim odczuciu jest bardzo ważne, i co łączy nas z naszymi przodkami - o tym, co trwa w naszych rodzinach, przekazywane z pokolenia na pokolenie, co jest piękne już samą patyną czasu, a co zwykle jest też piękne samo w sobie.

Ze strony mojej mamy moja rodzina dość dobrze zna swoje korzenie, mamy dobrze opracowane drzewo genealogiczne, sporo fotografii, trochę starych książek, i sporo wspomnień. Ze strony mojego taty jest nieco słabiej, ale też sporo wiem. Niestety nigdy nie poznałam mojego dziadka, ojca mojego taty, bo zmarł nim jeszcze moi rodzice się poznali, za to babcię na szczęście tak.

 Ja jednak  nie o historii rodziny chcę tu pisać, tylko o pewnym wyjątkowym przedmiocie, który po babci odziedziczyłam. To maszyna do szycia - cudowna, stara singerka, powstała na początku XX wieku, do dziś działająca.
Niestety zdjęcia są dosyć słabej jakości,  maszyna jest tak ustawiona, że trudno ją…