Przejdź do głównej zawartości

Urlop się kończy...

Jutro już trzeba wracać do domu, kolejny urlop pewnie dopiero pod koniec lutego czy nawet dopiero w marcu. tak, wiem, to i tak jest nieźle, ale jakoś tak dobrze jest co jakiś czas wyskoczyć gdzieś w piękne okoliczności przyrody by naładować wewnętrzne akumulatory.
 Podsumowując ten tydzień -  Słowenia jest przyjemna i dosyć tania, ale na narty jej nie polecam. Ja miałam okazję poszaleć w różnych miejscach w okolicy, na narty jeździłam i tak do Austrii ( to naprawdę tuż obok). Tu na miejscu fajna jest Planica z kompleksem skoczni, ale to też było ciekawe przez obecność z nami Adama Małysza.  Skakaliśmy na symulatorze skoków,  pan Adam skakał przede mną, on skoczył 108 metrów, a ja 135,5. No i co? Tyle, że potem powiedział, że to jednak nie jest to samo... Na skoczni spotkaliśmy też młodych polskich skoczków i skoczkinie na treningu - tak, dziewczyny też skaczą. Podobno potem przyjechali bracia Petr i Domen Prevc, ale ja ich nie widziałam.

Poniżej jeszcze kilka urlopowych obrazków. Najpierw zdjęcia zrobione w austriackim Gerlitzen - tu nieustannie pracowały armatki śnieżne i bardzo podobały mi się efekty wizualne, jakie to dawało na tle absolutnie bezchmurnego, błękitnego nieba:






Poniżej to też pracujące armatki śnieżne, ale nieco inne - skojarzyły mi się ze śnieżnymi palmami, cokolwiek by to było:



I jeszcze kilka zdjęć ze skoczni w Planicy. To pierwsze nie jest wybitne, ale ta skromna postać po prawej, w kapturze, to sam Mistrz Adam Małysz.  To jest końcowa stacja kolejki, którą skoczkowie wjeżdżają na górę skoczni, a turyści , tacy jak my, też czasami mają taką możliwość.


na szczycie skoczni jest taki budyneczek, sam w sobie nic takiego szczególnego, ale ma fajny adres - Planica 1:


Tu jeszcze widok z okolicy tegoż budyneczku, konstrukcja po prawej, ( ta, na której stoją ludzie) to sam szczyt skoczni mamuciej, właściwie to początek najazdu. Schodziłam tam później schodami... najpierw  setki schodów wzdłuż naprawdę stromego najazdu, a potem kolejne kilkaset stopni wzdłuż zeskoku - ogromnie długiego, oni latają tam ponad dwieście metrów... Pan Adam opowiadał, że pierwszy raz skakał tam w wieku 17 lat - i poszło mu bardzo tak sobie. I że wtedy nie było tam kolejki, trzeba było tymi schodami w górę... ech...  czasem 6-7 razy w ciągu jednego treningu.



I na zakończenie ostatni obrazek znowu z Austrii, tym razem ze stacji narciarskiej Nassfeld - swoją droga bardzo polecam.  To znowu mój ulubiony zimowy drink - Aperol Spritz, tylko podany w ogromnej szklance, a nie w kieliszku... i był tam naprawdę znakomity:)



No to... jutro wracam, do następnego, już z domu.

Komentarze

  1. Bardzo ciekawe fotki, faktycznie palmy śnieżne:-) Skoro otarłaś się o samego mistrza Adama to już bonus. Szkoda, że śniegu i innych takich nie można mieć na życzenie, ale najważniejsze, że naładowałaś akumulatory :-) Ale napiłabym się tego drinka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No... ten wyjazd był zaplanowany jako wyjazd z Adamem Małyszem:). Tak, że nie tylko się otarłam, ale razem z nim się bawiłam, zjeżdżałam na nartach, mieszkaliśmy w tym samym hotelu, a on jest świetnym skromnym i bardzo otwartym człowiekiem. Już sobie zaplanowałam, że za rok znów się na podobną imprezę wybiorę.
      A drink? Aperol Spritz składa się z 3 składników, których proporcje powinny być z góry określone i zachowane. Istnieją różne "szkoły" przyrządzania tego drinka:
      40% białego wino lub Prosecco, 30% gazowanej wody i 30% likieru Aperol;
      3 porcje Prosecco, 2 porcje Aperolu, 1 porcja wody gazowanej; (proporcje występujące na etukiecie butelki likeru Aperol)
      po jednej porcji: Aperolu, wina białego lub Prosecco i wody gazowanej - prawdopodobnie są to oryginalne proporcje;

      ja sama najczęściej korzystam z tej drugiej receptury, 3:2:1, ale i tak zwykle leję "na oko", zawsze można któregoś składnika dolać, obecnie Aperol jest dostępny w polskich sklepach. Cała zabawa polega na rodzaju proseco lub białego wina, jakiego użyjesz, bo to czyni drink bardziej wytrawnym lub bardziej slodkim, chociaż całkiem słodki nigdy nie będzie. I obowiązkowo plaster pomarańczy i lód...

      Usuń
  2. Zazdroszczę ci urlopu, nie wiem, kiedy ja będę mogła gdzieś wyskoczyć, choćby na tydzień. A już bardzo się czuję zmęczona. Tymczasem święta trzeba przygotować, a to jak wiadomo z wypoczynkiem ma mało wspólnego. W dodatku słabo wypadają w tym roku, właściwie tylko poniedziałek jest dodatkowym wolnym dniem. Dobrze, że drinka chociaż mozża się napić... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie urlop oznacza - najwyżej na tydzień... właściwie nigdy nie wyjeżdżam na dlużej, chyba że jakiś inny kontynent i loty są tak, a nie inaczej. Najchętniej tu w europie to wyskakiwałabym na 4, maksymalnie 5 dni, potem się nudzę. A ze świętami masz całkowitą rację, dlatego ja się w ciasteczka i inne pierniczki bawiłam przed wyjazdem. Po powrocie, czyli już jutro wieczorem, znów pełno zadań...

      Usuń
  3. Nie no, szacun za skakanie, doprawdy, jestem pełna podziwu. A armatki rzeczywiście wyglądają jak śnieżne palmy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. prawda? tak mi się skojarzyło i natychmiast wyciągnęłam komórkę, chociaż światło było już takie niezbyt...

      Usuń
  4. Przepiękne zdjęcia - gratuluję, za złapanie takich świetnych efektów. Taka zima może być :) . Pozdrawiam - Margot

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogłoby byc jeszcze nieco cieplej, bo skoro armatki dzialają, to oznacza, że jest poniżej zera. A dla mnie najlepsze narty to tak przy delikatnym ciepełku...

      Usuń
  5. No, piękny urlop. Widoki cudowne, towarzystwo wyjątkowe i dużo atrakcji;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko niestety, jak wszystko co fajne, już się kończy:)

      Usuń
  6. Śliczne zdjęcia. Śliczny śnieg. Lubię śnieg, ale on jednak komplikuje życie na wsi. No i nie jeżdżę na nartach. A ten symulator skoków to "na sucho"? jak symulator samolotowy? I tak mam lęk wysokości i pewnie nawet symulator by mnie stresował. A skocznię pierwszy raz z bliska widziałam jako dziecko własnie w Słowenii, ale w Lublanie. penie dawno jej już tam nie ma. Wtedy nie bałam się jeszcze. A w zeszłym roku byłam na Holmenkolen w Oslo, ale tylko przy progu, dalej sie nie drapałam. Już i stamtąd miałam niezwykły widok i miękkie nogi. Fajnie miałaś. A Adam Małysz wygląda na "normalnego" , bez sodówki w głowie. Prawdziwy Mistrz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, w domu tez wolałabym bez śniegu, od garażu do bramy to u mnie bardzo duży kawał i trzeba samemu odśniezyć, więc problem jest. Ale w górach... to na zdjęciach to wszystko sztuczny snieg, w Alpach na razie kompletnie nic nie ma.
      Symulator jest na sucho - staje się na takim okrągłym podeście, z przodu duży ekran, i start. W odpowiednim momencie - niby na progu - trzeba się odbić, a potem jest symulacja lądowania - wtedy nieźłe trzęsie. Pan Adam powiedział, że bardziej niż w rzeczywistości...
      W Oslo na skoczni tez byłam - fajna.

      Usuń
  7. Z przyjemnością i poczytałam i obejrzałam zdjęcia. Efekt armatek naśnieżających faktycznie świetny. I Jak tam pięknie :) Wspaniały urlop miałaś. A i spotkanie z samym Adamem Małyszem, no no, zazdroszczę. I choć urlop się skończył pozostają przepiękne wspomnienia.. no i nadzieja na kolejny świetny wypad :) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taką nadzieją żyję...a wspomnień nikt mi nie odbierze.

      Usuń
  8. Super zdjęcia. Sama chętnie bym się na narty wybrała, ale jakoś mnie zawsze coś powstrzymuje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co cię powstrzymuje? naprawdę jestem ciekawa

      Usuń
  9. Witaj, Anno.

    Na pierwszym zdjęciu jakby coś znajomego... Mój ostatni powrót do domu? Tylko żywej duszy nie było - noc, zaśnieżona droga, las i sypiący śnieg. Koszmarnie długo się wlokłam :)
    Zdjęcia, jak zwykle, pełne uroku, towarzystwo też bardzo interesujące :)

    Pozdrawiam :)


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle, że ten śnieg na zdjęciach jest sztuczny...prawdziwy to jednak lepszy jest:)

      Usuń
  10. Dlaczego nie polecasz Słowenii na narty? Bo jest zbyt daleko?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daleko? Absolutnie nie, do Kranjskiej Gory jest tyle samo , a nawet trochę bliżej, niż do Kaprun, Saalbach, Kitzbuel, Gerlitzen czy Nassfeld. Ode mnie oczywiście, ale i tak większość osób jedzie A1. Po prostu małe te górki i mało tras... słaba dosyć infrastruktura w porównaniu do austriackiej, a z kolei znacznie mniej zabawowo niż we Włoszech. Za to moim zdaniem tanio. Ja jednak jadąc na narty chcę się z jednej strony zmęczyć - więc tras ma być dużo i przynajmniej średnio trudne; a z drugiej chcę dużo zobaczyć, i mieć różnorodne atrakcje. Słowenia była taka...hm... nijaka... i tak jeździłam na narty do Austrii...

      Usuń
  11. Rewelacyjne sa te zdjęcia zaśnieżone :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, mnie te okoliczności bardzo urzekły. Żałowałam, że pod słońce się nie da zdjęć zrobić za bardzo, bo to dopiero zjawiskowo wyglądało.

      Usuń
  12. Piękne zdjęcia Aniu, cudownie uchwycona zima...wszystko co dobre kiedyś się kończy, fajnie, że mogłaś odpocząć w tak ślicznych okolicznościach przyrody...cieplutko pozdrawiam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, ja bardzo lubię zimę:)

      Usuń
  13. Zawsze powtarzam, że Ci, którzy lubią sporty zimową mają łatwiej zimą, a mnie jakoś te atrakcje nie kręcą i stąd zimę biorę na przeczekanie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to chętnie przeczekałabym gdzieś w lodówce letnie upały...

      Usuń
  14. Świetne zdjęcia. Domek niby taki zwykły, ale uroczy. Na nartach nie potrafię jeździć i nigdy nie jeździłam, ale tak posłuchać Adama Małysza to nawet dla takiej niewtajemniczonej osoby byłaby fajna sprawa. Nie lubię schodów, ale jeszcze bardziej nie lubię wind. Oby kolejny urlop też był udany ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. On bardo ciekawie mówił, i cierpliwie odpowiadał na wszystkie pytania. Za windami tez nie przepadam, ani za kolejkami - ale jak inaczej dostać się szybko na szczyt góry, w dodatku z nartami?

      Usuń
    2. Inaczej się nie da ;D, nie ma wyjścia, trzeba wsiąść ;).

      Usuń
  15. Wszystko super, tylko że w zimie jest...zimno ;)
    Chyba, że jeździ się na nartach, ale tego sportu jakoś nigdy nie udało mi się okiełznać ;)

    Zdrowych wesołych Świąt dla Ciebie i rodzinki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zimno to sprawa względna. Przy mocnym mrozie, rzędu -10, to i ja nie mam ochoty się umartwiać, za stara jestem. dlatego najbardziej lubię narty w marcu, najlepiej we włoskich Dolomitach - można jeździć w krotkim rękawku, a opalonym jest się jak po urlopie w tropikach.
      Dzięki za życzenia - Wam tez samych pięknych dni:)

      Usuń
  16. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  17. W poprzednim życiu miałam narty na nogach, dziś nie umiałabym pewnie zjechać... No ale. Nie każdemu pisane to to.
    Ps. A propos długości urlopu: H. słyszał kiedyś teorię, w którą uwierzył, że 3 tygodnie to optimum. Pierwszy tydzień to odrywanie umysłu od problemów dnia bieżącego, drugi - odpoczynek (pierwszy podobno męczy nie relaksuje), trzeci - utrwalanie. I było dużo argumentów na poparcie tezy, ale z kolei empiryczne potwierdzenie czeka mnie dopiero w przyszłym życiu.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

ART - DZIKUSKI CAVALLIEGO - CAVALLI'S WILDINGS

Jest poniedziałek, to jest wyzwanie - przyznam, że dziś jak dla mnie najtrudniejsze z dotychczasowych. No bo z czym kojarzą się dzikuski Cavalliego? Dla siebie samej i dla moich mniej zainteresowanych modą czytelniczek i czytelników - krótka informacja:

Roberto Cavalli urodził się w 1940 roku we Florencji. Swoją pierwszą kolekcję zaprezentował w paryskim salonie Prêt-à-Porter w roku 1970. Pierwszy butik otworzył w 1972 r. w kurorcie gwiazd - Saint Tropez i od razu zdobył serca bogatej klienteli pełnymi przepychu kreacjami.
Kolejne sklepy otwarte w Wenecji, Paryżu, Nowym Jorku, Mediolanie, we Florencji, na Capri czy w Dubaju cieszyły się od początku swojego istnienia wielkim powodzeniem. Na początku lat 70. Cavalli opracował rewolucyjną metodę umieszczania nadruków na skórze i zaczął wytwarzać patchworkowe akcesoria.Jego znakiem rozpoznawczym od początku były   zwierzęce wzory - cętki, panterka i paski zebry. Projektant łączy je z żywymi, jaskrawymi kolorami i złotem. No i poczułam, że …

Zimowy kapelusz - Winter Hat

DREAM TEAM CHALLENGE



#dreamteamchallenge#dreamteam#zimowykapelusz#winterhat


#dreamteamchallengekapeluszzimawinterhat


No tak.... w ciągu ostatnich dwóch lat poznałam mnóstwo wspaniałych pań, kobiet, dziewczyn.... jak zwał, tak zwał, ale wspaniałych osób kochających modę i ciuchy. Ja tu sobie w kąciku cichutko za Melindą się chowam, a tam wszędzie pięknie. Na tyle pięknie , na tyle wspaniale, że zapragnęłam zrobić co jakiś czas to samo, co niektóre z tych wspaniałych dziewczyn. Post  w określonym dniu o określonej w tytule tematyce - pod egidą DREAM TEAM.

Tylko jest jeden kłopot - jestem z tych, co zimą z gołą głową. Tak, wiem, niezdrowo, narażam się na choroby, łysienie, tracę ciepło przez głowę, zaraz będę jeszcze starsza niż jest i w ogóle samo zło. I zaczęłam w głowie szukać, co ja z tą zimową głową mam. I odkryłam, że jednak coś mam :):):).
Coś, a nawet trzy cosie, wobec tego startuję z tym zimowym kapeluszem.

1. Co jest zimą? Zimno. A co jest jak jest zimno? Śnieg. A jeśli śnieg, to…

Rodzinne pamiątki

Ten post dedykuję Margot z bloga http://iameverywoman.eu - ona już kilka razy napisała o tym, co w moim odczuciu jest bardzo ważne, i co łączy nas z naszymi przodkami - o tym, co trwa w naszych rodzinach, przekazywane z pokolenia na pokolenie, co jest piękne już samą patyną czasu, a co zwykle jest też piękne samo w sobie.

Ze strony mojej mamy moja rodzina dość dobrze zna swoje korzenie, mamy dobrze opracowane drzewo genealogiczne, sporo fotografii, trochę starych książek, i sporo wspomnień. Ze strony mojego taty jest nieco słabiej, ale też sporo wiem. Niestety nigdy nie poznałam mojego dziadka, ojca mojego taty, bo zmarł nim jeszcze moi rodzice się poznali, za to babcię na szczęście tak.

 Ja jednak  nie o historii rodziny chcę tu pisać, tylko o pewnym wyjątkowym przedmiocie, który po babci odziedziczyłam. To maszyna do szycia - cudowna, stara singerka, powstała na początku XX wieku, do dziś działająca.
Niestety zdjęcia są dosyć słabej jakości,  maszyna jest tak ustawiona, że trudno ją…