Przejdź do głównej zawartości

Pamiątki z podróży

Ostatnio się jakoś tak dosyć poważnie zrobiło, a blog mój  miał w założeniu być raczej lekki, i nieść czytającym przyjemność i rozrywkę, dawać odprężenie po trudnym dniu - bo w swoim narcystycznym pojęciu uznałam, iż ładne rzeczy, ładne miejsca, dobre książki  - wszystko okrutnie to subiektywne kategorie - niosą to właśnie i pozwalają wrzucić na radosny luz. No, może to ja miałam się po ciężkim dniu tutaj odprężyć się, wyluzować, i poczuć się radośnie. A może najlepiej przyjąć wersję - i tego będę się trzymać - że każdy, absolutnie każdy , jeśli tylko zechce, czerpie radość z bycia tutaj? To byłoby cudowne.... Bo mnie cieszy Wasza i moja tu obecność:).

No to w ramach cudowności idę sobie przez kuchnię ( mąż uznał, że skoro mi już lepiej, to dzisiaj ja gotuję, hahaha), i patrzę... wzrok padł na taka niewielka półeczkę, na której wdzięcznie sobie stoją nieużywane kubeczki, pamiątki z dwóch wypraw, o których za moment. Natchnęło mnie to myśli nieco szerszej, związanej z pamiątkami z podróży. Nabywać, czy nie nabywać? Przywozić, czy odpuścić? Przyznam, że sama przez długie lata byłam zdania, że pamiątki wszelakie to zbędnie wydane pieniądze, że wartość podróży ( nieważne tutaj, czy tych bliskich, czy dalekich bardzo) polega na poznaniu, doświadczeniu, smakowaniu, oglądaniu i takich tam. No, ewentualnie można zdjęcia... A wszelkie materialne dowody bytności gdzieś traktowałam jak zbędne durnostojki, łapacze kurzu i były dla mnie be.
Potem odkryłam różne egzotyczne smaki. No, może nadużywam słowa "egzotyczne", bo pierwsze "jedzeniowe" pamiątki z podróży dotyczyły Włoch i Francji, czyli wcale nie jakaś egzotyka, ale smak tam nabytych wędlin, serów, owoców, również wina czy innych alkoholi... nie w tym rzecz, że ten smak lepszy od naszych wyrobów, ale przecież taki zupełnie inny. No i z naszych wyjazdów zaczęliśmy zwozić szeroko pojęte jedzenie.Sprawę ułatwiło tez wejście Polski do Unii, bo pewnie niektórzy z Was pamiętają, jak trudno było przywieźć nawet pomarańcze z Czechosłowacji, jeszcze wcale nie tak dawno. I woziłam różne sery, szynki, cudowne owoce, inne piwo, limoncello, bombardino, i ine cuda, zjadane później i wypijane wspólnie z rodziną i przyjaciółmi. Było super.

Aż pewnego razu pojechałam sobie w rejs po kilku greckich wyspach... były cudowne, ale jedyne, co można tam było ciekawego  z zakresu spożywczego nabyć  -  takiego nadającego się do przewozu, bo świeże ryby pieczone w knajpce przy plaży przez właściciela tylko dla nas... figi prosto z drzewa... feta ( a ja nie cierpię serów)... - to było ouzo. Ależ ile tego ouzo można w siebie wlać... w dodatku przecież nie wszyscy piją alkohol, a już anyżówkę to jeszcze mniej. I na jakimś portowym straganie wpadł nam w oczy kubek, ten był chyba pierwszy:

 Nie w tym rzecz, że jestem wielka miłośniczką kubeczków ( ale je całkiem lubię), a w tym, że ów miał napis "Kalymnos" ( nazwa wysepki) i mapkę. Uznaliśmy, że czemu nie, nie ma nic ciekawego do jedzenia, niech będzie kubek.

Na kolejnej wyspie,  Leros, już się nawet za takim kubkiem rozglądaliśmy, i szczęśliwie sam w jakimś malutkim sklepiku wszedł nam w ręce:


Na Patmos kubeczka nie znaleźliśmy, ale filiżanka wydała nam się całkiem urocza i pasująca do sytuacji:


Za to na Rhodos, gdzie rejs zaczynaliśmy i kończyliśmy, musieliśmy się sporo nabiegać, by kolekcję uzupełnić:


Byliśmy tez na kilku znacznie mniejszych wysepkach, ale tam , oprócz kóz, mew i co najwyżej dwudziestu mieszkańców, którym nawet wodę się dowozi, nie było szans na kupienie czegokolwiek, tam istotnie sprawdziło się doświadczanie, poznawanie, smakowanie i chłonięcie.

Sama byłam sobą zdziwiona, szczególnie ostatniego wieczoru na Rhodos, bo zamiast siąść gdzieś nad jakimś dobrym jedzeniem i winem, latałam od straganu do straganu, od sklepiku do sklepiku, i z moją baaaaaardzo umiarkowaną angielszczyzną szukałam kubka z nazwą wyspy i mapą. Ale mam, i ładnie się kurzą na półeczce:):):)

Rok później pojechałam z mężem podziwiać cudowną, zieloną Irlandię, i w pewnym momencie przypomniało nam się o tych kubeczkach, bo tam wszędzie pełno takich gadżetów dla turystów:


No to z rozpędu, a co, nabyliśmy, niech te greckie nie nudzą się na półce we własnym kurzu tylko:).


Co ostatnio przywiozłam z Indonezji - pokazałam ( różne sarongi, i cudowną srebrną torebkę, oraz całą masę kawy Luwak). Z bliższych wyjazdów, głównie tych narciarskich, nadal wożę niedostępne w Polsce alkohole, czasem wspomniane sery i szynki, bywa, że oliwę,  ostatnio przywiozłam z Włoch pomarańcze odmiany Tarocco, bo wzbudziły mój zachwyt:


A jakie jest Wasze podejście do pamiątek z podróży? Może ktoś coś poleca?

Komentarze

  1. Przez długi czas były to u mnie "duperele" z Zakopanego i znad Bałtyku. Z tym, że potrafiłam ciągnąć z sobą do domu zebrane na plaży "przecudnej urody kamyczki i muszelki".Potem były suweniry z "demoludów",łącznie z kuflami z "enerdówka" i Pliską z Bułgarii. Nim dostąpiliśmy zaszczytu posiadania własnego mieszkania, przeprowadzaliśmy się kilka razy i przy każdej zmianie adresu przeprowadzałam "redukcję wyrazów podobnych" i kolekcje przestawały istnieć.
    Właściwie nie mam natury zbieracza i z czasem ograniczyłam przywożenie pamiątek do drobiazgów biżuteryjnych.Raczej kolekcjonowałam (i nadal tak robię)
    wrażenia, często je zapisując.Przeprowadzony kilka lat temu generalny remont mieszkania zmiótł kolejną porcję pamiątek, w sumie pozostało może z 10 drobiazgów. Jak znam siebie, to za jakiś czas znów zrobię remanent, bo wolę sama coś wywalić niż by to zrobiła np. moja córka, zastanawiając się przy okazji po jakie licho matka to kupiła i trzymała. W ramach pamiątki zostawiam jej kronikę rodzinną i drzewko genealogiczne, przy którym pomagała mi kompletując dane z biblioteki mormońskiej.No i stosy zdjęć z każdego wyjazdu. Swobodny dostęp do podróżowania przyszedł dla nas nieco zbyt pózno- teraz to już nie to zdrowie,nawet jeśli jeszcze jakaś chęć się tli.
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie, drobiazgi biżuteryjne to jest to, co jeszcze tez nabywam, ale jakoś nie traktuję tego jako pamiątek, tylko to rzeczy użytkowe, i ja nawet zapomniałam, że to mam...mnie jakoś na odwrót złapało, kiedyś właśnie niczego nie zbierałam, z wiekiem jakoś...no czy ja wiem... i tak mi żal wyrzucać... na razie mam dużo miejsca:).
      Póki co kombinuję, jak od mamy mojej wydostać bułgarski komplet takich kamionkowych naczynek na nie wiadomo co. To znaczy dawno bym wydostała, ale mąż, co słyszy jak zagaduję, to mnie kopie i komentuje, że mnie chyba pogięło... a te naczynia ( brązowe, z białymi i niebieskimi zdobieniami) to za PRL z Bułgarii wszyscy przywozili - i jakiś mam taki sentyment...

      Usuń
  2. Ja tam lubię sobie przywieźć nie tylko zdjęcia z podróży ;). Fajnie mieć jakiś przedmiot związany z miejscem, w którym się było. Nawet jeśli będzie tylko zbierał kurz... Nie zawsze jednak coś mi się udało przywieźć poza fotografiami. Fajne te kubki. A propos. Dostałam jeden kubek z Poznania, a drugi z Włoch i je używam, dobrze mi się z nich pije herbatę. ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam takiego małego, pluszowego żółwika z Galapagos, czasem bawi się nim mój wnuk - i juz myślałam, że mi go zgubił. Było mi smutno... na szczęście żółwik się odnalazł, i teraz jeździ ze mną jako maskotka na szczęście w samochodzie, poza zasięgiem małych rączek:).
      Ja mam kubków mnóstwo, ostatnio głównie używam opisanych niedawno Beboków:)

      Usuń
  3. No przepraszam, gdzie ja się wpisałam?!
    Spróbuję poprawić;-)
    Ja już się sama sztorcuję za chęć przywożenia kubeczków i filiżanek z miejscowości,do których jeżdżę. Z tym, że raczej nie lubię z napisami,wolę jakąś artystyczną grafikę czy ręcznie malowane. Z pobytu w uzdrowisku w Horyńcu kiedyś przywiozłam...obraz olejny lokalnego malarza! A z Krosna oczywiście wielki flakon pięknie szlifowany,który wiozłam potem na kolanach, bo nigdzie się nie mieścił. Z dawnych czasów ma kamienie i muszelki z Morza Czarnego ;-)Ale,ale,we Włoszech latałam po Rzymie w poszukiwaniu sklepu muzycznego i kupiłam płytę! Z Chopinem! Ale jaką!Jest złota :-) Potem jednak już na Węgrzech szukałam płyt z ichnią muzyką;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, czyli nie tylko mnie nakręciło na kubeczki:):):). W tych greckich chciałam miec nazwy wysp i mapy, bo bałam się, że zapomnę gdzie byłam za parę lat, w irlandzkich urzekł mnie ten przepis na irish stew, a poza tym nie mam preferencji. Ale na przykład w Bolesławcu dostałam od jednej instytucji ich własny, bolesławiecki kubek z limitowanej edycji specjalnie dla nich - rzecz nie do kupienia.
      Płyty to jest osobna sprawa, czasem nabywam z lokalną muzyką, na przykład jakies indiańskie czy inne rytmy... ale rzadko to potem słucham.

      Usuń
  4. Zawsze przywożę jakieś pamiątki z podróży, ale wybieram raczej rzeczy praktyczne, niż durnostojki. Kubki zaliczam do tych praktycznych ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się wydaje, że praktyczne są lepsze:), ale ostatecznie każdy wybierze przeciez to, co mu się spodoba. Czasem staję przed wystawą jakiegoś sklepu z pamiątkami, i zastanawiam się, kto to kupuje...a jednak ktoś kupuje:)

      Usuń
  5. Fantastyczne pamiątki! Piękne i klimatyczne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, zależało mi na - skoro sie już zdecydowałam na te kubki - na jakims sensownym zestawie:)

      Usuń
  6. Nazbierałaś kolekcję pięknych kubków i pijąc z nich cokolwiek można wspominać co tam na danej wyspie się wydarzyło...
    My ostatnio przywoziliśmy alkohole wszelakie, dla siebie i na prezenty, w tym oczywiście piwo, ale także słodycze.
    Naszymi pamiątkami z podroży są najczęściej mapy, foldery, bilety wstępu lub inne pamiątki np. znaleziony przy jakiejś kaplicy różaniec, ciekawy kamień itp.
    Niektórzy zbierają magnesy na lodówkę, pocztówki. Fajnie jest mieć pamiątki, z którymi wiążą sie jakieś wspomnienia o miejscach, zdarzeniach lub osobach.
    Cieszę się, że już Ci lepiej :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, tylko ja z nich jakoś nie piję:), stoją i wyglądają tylko, musiałam do zdjęc chociaż trochę z kurzu oczyścić:). Kompletnie zapomniałam o mapach, biletach i ulotkach wszelakich, to przecież tez zawsze gromadzę i przywożę. Magnesów na lodówke nie zbierałam nigdy, od dawna mam ją w zabudowie:).
      A leczenie pomogło, w dodatku mąż wspomaga mnie jakimiś chińskimi specyfikami, których składu wolę nie czytać - ale pomaga:).

      Usuń
  7. Swoje pamiątki upycham po kuchennych szafkach lub rozdaję, ponieważ są to kieliszki, kufle, kubki, czyli szkliwo. Tak miałam. Obecnie przywożę lub przywożą mi przyprawy.
    Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnio przywiozłam sobie przyprawy do smażonego ryżu z Bali. I tak sobie sypnęłam.... o rany, musiałam ten ryż nie tyle wypłukac, co umyć, bo to był ogień w ustach... a ja lubię ostre:)

      Usuń
  8. Nie wiem jak te osoby które wpisały się przede mną. Ale ja to zauważam u siebie chorobę umysłową jeśli chodzi o kupowanie różnych pamiątek z podróży. Z tym, że oprócz tych kupowanych, zdjęć i książek i przewodników to ja jeszcze z KAZDEGO miejsca /nie jest istotne czy to jest jakaś przepiękna stolica czy malusieńka wioseczka/ przywożę: szyszki, korzenie o ciekawych kształtach, nasiona roślin, kwiatki których płatki potem suszę, kamienia, muszle, nawet piasek do pudełeczka zebrany.....
    Nic na tę chorobę nie poradzę.
    A jeszcze gorsze jest to, że potem tego wszystkiego nie chcę się pozbyć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to istotnie masz ciężka przypadłość... za nadbagaż nie zdarza Ci się przez to płacić? ale ja Cię rozumiem... to przecież właśnie to czucie, doświadczanie, działanie...

      Usuń
  9. Och, to Ty byłaś chora. Dobrze, że już po wszystkim :)

    Piękne kubeczki i ciekawa pamiątka.
    Czy ja coś zbieram? Właśnie, że nie. Chyba mi się coś z duchem (duszą) porobiło, bo przecież w gruncie rzeczy jestem na swój sposób romantyczna i czasem wpadnie mi jeszcze jakiś gadżet z przeszłości.

    Co do kubków...przywiozłam z wyprawy na Litwę (Troki) kubek mężowi. Kubek nie zajął "gościnnego" miejsca, lecz użytkowe. Siłą rzeczy, zamek w Trokach nadrukowany na kubku, jest coraz mniej widoczny.

    Od jakiegoś czasu jestem bardzo pragmatyczna. Dlaczego? Pojęcia nie mam, albo może mam, tylko nie dopuszczam tej myśli do siebie, że pewne zdarzenie odmieniło zupełnie me życie...

    Serdeczności ślę, Aniu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całkiem po wszystkim jeszcze niestety nie jest, ale przynajmniej idzie ku dobremu, za późno poszłam do lekarza, moja głupota.
      Z tego co wiem, ludzie dzielą się na zbieraczy i niezbieraczy, może Ty jestes w tej drugiej grupie? ja mam taki jeden ulubiony kubek, który rok temu - dostałam od wnuka na dzień babci ( oczywiście od jego rodziców, ale co tam). Są tam jego zdjęcia... jakoś tak go zrobiono, że mimo mycia w zmywarce nic nie schodzi, po prostu super. A swoją droga ostatnio młody zaobserwował, jak z tego kubka pije, i zdziwiony odkrył, że na zdjęciu jest "baba", i "Kuuu" - Ku to jest jego języku jego młodszy kuzyn, bardzo podobny... Trudno mu wytłumaczyć, że to on...

      Usuń
  10. Właśnie od kupowania filiżanek w podróży zaczęło się moje kolekcjonowanie filiżanek. Podoba mi się twój pomysł z kubkami. Ja ostatnio staram sie przywozić bliskim jakieś śmiesznostki, drobiazgi związane z danym terenem, ale też zabawne, czasem śmieszne. A do domu - głownie dobre jedzonko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedzonko rządzi... i alkohole:). Na trzecim zdjęciu jest filiżanka, której rozmiar i kształt bardzo mi pasuje...ale trudno trafić na takich więcej...nawet ta była pojedynczą sztuką

      Usuń
  11. Witaj, Anno.

    Właśnie zawitałam do domu, polatałam i patrzę, że u Ciebie też kubeczkowo :) Bardzo sympatyczna pamiątka. My kiedyś kupiliśmy filiżankę w Pradze, ale dowieźliśmy tylko talerzyk. Od tej pory kupujemy takie maleńkie talerzyki, różni znajomi też nam przywożą, więc mam specjalną szufladę, bo to się bardzo kurzy, jak stoi na wierzchu :)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak to jest ze szkłem czy porcelaną... jeszcze podrózując samochodem jako tako, ale przy samolotowych wojażach bywa trudno, a te kubki wszystkie takie lotnicze podróże na szczęście przetrwały. A talerzyki mini to tez fajna sprawa:)

      Usuń
  12. Nie odczułam żadnej większej różnicy u Ciebie na blogu - zawsze pozytywnie! ;)
    Są tematy, które warto poruszyć. Choćby z czystej ciekawości, żeby wiedzieć co myślą inni.

    Najbardziej podoba mi się ten z Irlandii.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A który? Z przepisem na gulasz, czy ten prosty Ireland?

      Usuń
  13. Od zawsze przywożę z podróży jakąś glinianą ludową ceramikę, dawniej dzbanki, wazoniki, gliniane ptaszki, ale koniecznie użytkowe, czyli - świstawki, gwizdki, ostatnio miski tez użytkowe, podaję w nich gościom majonez, chrzan czy żurawinę. Przez koleżankę (albo dzięki niej) od 2013 roku przywożę z podróży magnesy na lodówkę, bo od niej dostałam pierwszy w Szkocji, z zamkiem, który wspólnie zwiedzaliśmy. Magnesy wybieram ciekawe i gustowne. I zawsze przywożę mapy i plany miejsc, folderów nie zbieram. Też przywożę jedzonko. I muszelki i ładne kamyki też Jak mi sie ich za dużo uzbiera - układam w ogrodzie.
    P.s Z Indonezji przywiozłaś zapewne sarong ( ja też). Sari jest ponoć znacznie dłuższe(kilka metrów).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście sarong, nie sari, zaraz poprawiam, dzięki, jakies zaćmienie mnie dopadło.
      co do folderów - to nawet zbieram, mam powkładane w pudełka takie zestawy z różnych podróży, ale może będe musiała zrobić selekcję, bo jednak nawet największy dom nie jest z gumy... a wynoszenie na strych chyba nie ma sensu.

      Usuń
  14. Droga Anno, dziękuję pięknie za stworzenie miłego wakacyjnego tematu podczas gdy za oknem fruwają płatki śniegu. Twój wpis podziałał na mnie jak balsam dla duszy i ciała. Od razu zrobiło mi się lepiej, bo jestem trochę cierpiąca (połamana przez "starość" - choć leki działają, więc jestem dobrej myśli). No więc takie wakacyjne i cieplejsze tematy od razu pozytywnie wpływają na człowieka. A dusza? Dusza się uradowała, bo Twój tekst przywołał wiele miłych wspomnień z moich podróży. Zainspirowana Twoim wpisem, zaczęłam się zastanawiać nad moimi pamiątkami z podróży. Oczywiście w związku z moją lanzarocką monotematycznością tychże mam najwięcej, jednak nie jestem z tych, którzy kupują i obstawiają każdą wolną półkę. Z powodu ograniczonego metrażyku i tendencji do minimalizmu, zakupuję raczej mały drobiazg, mający mi przypominać radosne, wakacyjne chwile. BO tak właściwie każda przywieziona rzecz może mieć swoją króciutką, czasem ciekawą historię.
    Z moich wyjazdów przywożę biżuterię (unikalne kolczyki lub korale), instrumenty, które wydają interesujący dźwięk,czasem jakieś figurki. Magnesy kupuję raczej dla kogoś, kto je zbiera. Ostatnio zdarza mi się przywieźć zakładkę do książki. Mała pamiątka stojąca tu i ówdzie często przywołuje miłe wspomnienia. Alkohol mnie raczej nie interesuje, to bardziej mąż lubi przywieźć coś regionalnego lub ciekawy kufel do piwa (czasem kelner nam go podaruje, natomiast jakież bywa zdziwienie, gdy tenże słyszy, że chcemy kupić).
    Jeśli chodzi o kubki, to czasem zdarzyło mi się przywieźć, ale zrezygnowałam, gdyż nie bardzo mam je gdzie wyeksponować. A kupować dla samego kupowania, a potem upychać w szafce, to dla mnie bez sensu.
    Twoje kubki są śliczne. Greckie miałam okazję podziwiać w czasie pobytu, natomiast bardziej podobają mi się te z Irlandii.
    Pozdrawiam zimowo, bo za oknem wciąż sypie i sypie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No sypie, za chwilę zaspy zasłonią mi świat:). Biedna Ty, taka połamana, ja na szczęście już zdrowieję - niech jak najszybciej Ci będzie lepiej. Starośc... tez pomysł... to chyba kokieteria:).
      Czytając Twój komentarz odkryłam jeszcze jeden komponent wyjazdowych pamiątek - różne instrumenty muzyczne. Ja o tym nawet nie pomyślałam, bo to domena mojego męża, on z każdej podróży coś grającego przywozi:). A biżuteria... najśliczniejsze, chociaz prościutkie kolczyki mam własnie z Irlandii - oczywiście zielone koniczynki:)

      Usuń
    2. No cóż, każda kobietka, to trochę kokietka (choć zdrowotnie wczoraj wcale nie było mi do śmiechu). Myślę, że nie będzie to nietaktem czy wielkim małpowaniem, ale zrodził mi się w głowie pomysł, aby opisać to i owo, cóż to ciekawego zakupiłam w czasie moich wakacyjnych wojaży (już kiedyś napisałam coś w tym rodzaju, po wizycie na cotygodniowym targu w stolicy Lanzarote).
      A za oknem sypie dalej. U nas ferie, więc będą miały dzieci uciechę z białego puchu ;)

      Usuń
    3. Ależ pisz, z chęcią poczytam, może się kiedyś zainspiruję Twoimi zakupowymi pomysłami:)
      A śnieg rzeczywiście piękny, ma przyjśc wnuk do ogrodu na sanki...

      Usuń
    4. Dzięki ;) u mnie wnuków brak, natomiast TY jesteś dziś sprawczynią tego, iż wsiąknęłam przy kompie od samego rana. A że siedzę przy oknie, dostrzegłam to i owo za oknem, zrobiłam zdjęcia i wrzuciłam swoją "Zimę za oknem" do sieci.
      Miłej niedzieli ;)

      Usuń
    5. :), ale nie czuję się winna:):)

      Usuń
  15. moje pamiątki z wojaży to wspomnienia, zdjęcia i ewentualnie zapiski ku pamięci / z wiekiem skleroza coraz większa / :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. te są najważniejsze... i długo mi wystarczały. Aż mnie naszło na inne takie:)

      Usuń
  16. Staram się nic nie przywozić, czasami jakieś odmiany jedzenia, kilka ciekawych kamyków się wala po domu i jest jedno urządzenie kuchenne - czyli młynek do pieprzu przywieziony z Mostaru. Natomiast mam znajomych, którzy raz w roku przyjeżdżają do Polski i zawsze obdarują czymś, z czym nie wiem co zrobić. Ja już im mówię prostym tekstem, że nie chcę, ale oni chcą i co mam poradzić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mam takich znajomych w Niemczech... o rany... poważny to problem, bo mnie na siłę uszczęśliwiają róznymi, nawet i fajnymi rzeczami, ale albo ich nie potrzebuję, albo wolałabym sama nabyć. I tez nie chcą mnie zrozumieć...

      Usuń
  17. Rozczaruję Cię :) nie jesteś oryginalna (ja też nie) i mam całą szafkę kubków z wyjazdów :) A że dość dużo podróżuję to mam ich mnóstwo. są praktyczne i jak z nich smakuje kawa... mniam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się ciesze, że mam dobre towarzystwo:)

      Usuń
  18. Piękne te kubki. Ja też przywożę z podróży różne rzeczy. Kubeczki przywiozłam tylko z Chin, ale za to cały zestaw; sześć nie dużych kubeczków do herbaty ze specjalnymi podwójnymi ściankami,w celu dłuższego trzymania ciepła i dzbanek. Poza tym, żołnierzy z terakoty i obrazy na płótnie(można było zwinąć). Z każdego miejsca coś przywożę, bywa, że kupię coś większego, a czasem jest to ciekawa zakładka do książki albo oryginalny magnez. Do tego, podobnie jak Stokrotka, zbieram muszle, szyszki, kamyki, jakieś gałązki;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obrazy lokalnych twórców mnie czasem kusiły, ale zawsze to kłopot z transportem, bo nie zawsze da się wyjąć z ramy:)

      Usuń
  19. Ostatnio mało podróżuję /tylko po kraju/ ale jak wyjazdów było więcej to zawsze coś sobie przywoziłam, mam takie pamiątki i zawsze miło mi na nie popatrzeć, ożywają wspomnienia.
    Zawsze robiłam sporo zdjęć /jak na tamte czasy, wiesz, klisza 36 zdjęć, wtedy robiło się ostrożnie i nie takie ilości a każde zdjęcie było przemyślane/, te zdjęcia to też moja pamiątka, wyciągam albumy i oglądam, wspominam...pozdrawiam Anno, miłego dnia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I czasami te Twoje stare zdjęcia idealnie wpisują się w Twojego bloga:). Tez lubię zaglądać do starych albumów... był taki czas, kiedy modne było robienie slajdów/przezroczy....

      Usuń
    2. Tak Aniu, była moda na slajdy, zdjęcia jeszcze nie kolorowe a slajdy tak, kolorowe. Mam ich trochę, nawet mąż kupił takie urządzenie, żeby przerobić je na zdjęcia ale nie ma czasu się za to zabrać. Nie będą idealne ale ważne, że będą.

      Usuń
    3. Moi rodzice większośc slajdów już zeskanowali - naprawdę warto:)

      Usuń
  20. Już nie przywozimy. Nie było na to wszystko miejsca. Chociaż może żałuję, bo gdy dziecko było małe wszystko wspaniale dokumentowałam, wklejałam, układałam, pokazywałam. Teraz przenieśliśmy się raczej na zdjęcia - zwłaszcza moje hahaha do bloga hahahah wszystkie komputery nimi zapchane :) . A Irish Stew jadłaś w tych ślicznych pojemniczkach? Pozdrawiam pamiątkowo ;) - Margot :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, zdjęcia sa najlepsze - ja długo nie miałam miejsca na nic, a od jakiegoś czasu mam:). No to zbieram sobie.
      Z tym irish stew to problem był, bo gdzie nie poszliśmy ( w sensie do róznych pubów i restauracji), to wcale nie było takiego porządnego, z jagnięciny. W końcu trafiliśmy, też ładnie podany, i potem mąz postanowił nabyc kubek z przepisem...

      Usuń
    2. Zapytałam, gdyż jest to jedno z moich ulubionych dań, ciekawa jestem jak Wam smakowało :)

      Usuń
    3. Powiem tak - mąż był napalony na codzienne gotowanie... nic z tego, ale pojechałoby się gdzieś tam na dobre jedzonko...

      Usuń
  21. Ja na swoje pamiątki mam specialną półkę, żeby przypominały mi o moich podróżach. Bardzo fajne pamiątki ^^ :)

    https://dreamerworldfototravel.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gorzej, jak półek zaczyna przybywać...a ścian niestety nie:):):):)

      Usuń
  22. Ja to sama sobie wprowadziłam zakaz na nowe kubki i filiżanki :D mam już tego tyle że nie wiem gdzie stawiać :D
    Ale fakt, bez pamiątek nie ma co wracać do domu :D Jestem o tym w stu procentach przekonana :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie tego nauczyły dzieci... bo sama , dawniej, wcale pamiątkowa nie byłam. A zakaz chyba sobie wprowadzę:)

      Usuń
  23. Parę dni temu wpisałam tu sążnisty komentarz, bo temat śliczny, szczególnie, gdy za oknem jest, jak jest... Ale mi gdzieś "wcięło", drugi raz chyba nie dam rady. No to tak w skrócie:
    1. Twoje kubki są przecudnej urody, bardzo mi sie podobają, chociaż sama mam "kubkofobię" (był czas, gdy miałam ich zdecydowanie zbyt wiele. Na szczęście się wytłukły lub gdzieś same zniknęły :) ) Pozostały te najbardziej ukochane, których używamy codziennie. Wprawdzie się nie kurzą, ale spokojnie sobie blakną po spotkaniach ze zmywarką...
    2. Dla mnie najwspanialszą pamiątką z wakacji są albumy ze zdjęciami... Od bardzo wielu lat nie wyjechaliśmy na jakieś dłuższe wakacje, bo takie sobie życie wybraliśmy, które to uniemozliwia (no, ale są ludzie, którzy twierdż, że my to tu mamy jak na wczasach:) ). a ostatnio była u nas wnuczka. Siedziałysmy sobie we dwie w naszej "bibliotece", w której stoi też sobie szafka ze zdjęciami. I wnuczka zażyczyła sobie , by jej pokazywać te zdjęcia. Wyjmowałam kolejne albumy, opowiadałam... Odżyły wspomnienia.. W albumach, oprócz zdjęć, umieszczałam widokówki, foldery, rózne bilety, rachunki za hotel i z restauracji.... Ach. Ileż wrażeń powróciło.... Jakieś dawno zapomniane smaki... Zapachy... To zaskoczenie i zachwyt, gdy w jaskini "Katerzyńskiej" wyłączono światło i w ciemnościach rozległa się muzyka z "Nabucco"... niesamowite wrażenie, gdy znaleźlismy się na dnie przepaści "Macocha"...ten śmiech serdeczny w czasie wieczorów spędzanych z przyjaciółmi w skromnym pokoju hotelowym na kompletnym odludziu... to... to... tamto... Ech, nie ma to jak albumy ze zdjęciami... Nie wystarczy "cykać" setek zdjęć w czasie wakacji. Potem trzeba je wywołać i wpakować do albumu :) Warto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że samo "nacykanie" setek zdjęć nie czyni ich jeszcze pamiątką z wakacji. Mam niestety rozgrzebane fotoksiązki z kilku wypraw, jakoś nie mam okazji ich dokończyć... może po prostu powinnam z każdego wyjazdu wybrac sto zdjęć, wywołac i już. Przynajmniej miałabym coś...I własnie wracałyby smaki, zapachy i historie, wcale na szczeście niezapomniane.

      Usuń
    2. Dokończ koniecznie póki pamiętasz te historie :) Ja się tak zachwyciłam ostatnio naszymi albumami, bo jednak mają już spoooro lat.. I dopiero, gdy je przeglądałam, nasunęło mi się mnóstwo wspomnień. Nawet takich: "O, jaką fajną miałam bluzkę... o, tę sukienkę kupiłam w Budapeszcie, w sklepie na rogu w pobliżu dworca Keleti, wtedy gdy nasz mały brzdąc UGRYZŁ szklankę w kawiarni... a my właśnie wydaliśmy resztę kasy na tę sukienkę i na napoje chłodzące, bo za chwilę pociąg do domu... :) A sto zdjęć w fotoksiążce to wcale nie tak dużo :) Najtrudniej chyba się zmobilizować, zwłaszcza, jeśli chce się zdjęcia opatrzyć komentarzem :) Ale potem to już sama przyjemność. No i fotoksiążki zajmują mniej miejsca niż albumy.... My zaczęliśmy robić fotoksiążki jakiś czas temu, bardzo je wszystkie lubię. No, chociaż w naszym przypadku to już niekoniecznie "pamiątki z wakacji"..

      Usuń
    3. Szklanki gryzł też moj brat:), najwyraźniej to rodzinne. A co do zdjęć i innych... jak już będę na emeryturze...

      Usuń
    4. Wtedy na pewno nie będziesz miała czasu :) :) :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Rodzinne pamiątki

Ten post dedykuję Margot z bloga http://iameverywoman.eu - ona już kilka razy napisała o tym, co w moim odczuciu jest bardzo ważne, i co łączy nas z naszymi przodkami - o tym, co trwa w naszych rodzinach, przekazywane z pokolenia na pokolenie, co jest piękne już samą patyną czasu, a co zwykle jest też piękne samo w sobie.

Ze strony mojej mamy moja rodzina dość dobrze zna swoje korzenie, mamy dobrze opracowane drzewo genealogiczne, sporo fotografii, trochę starych książek, i sporo wspomnień. Ze strony mojego taty jest nieco słabiej, ale też sporo wiem. Niestety nigdy nie poznałam mojego dziadka, ojca mojego taty, bo zmarł nim jeszcze moi rodzice się poznali, za to babcię na szczęście tak.

 Ja jednak  nie o historii rodziny chcę tu pisać, tylko o pewnym wyjątkowym przedmiocie, który po babci odziedziczyłam. To maszyna do szycia - cudowna, stara singerka, powstała na początku XX wieku, do dziś działająca.
Niestety zdjęcia są dosyć słabej jakości,  maszyna jest tak ustawiona, że trudno ją…

Pomysły na prezenty

Idą Święta.... I chyba niezależnie od wyznawanych poglądów dla przeważającej większości polskich rodzin to czas, gdy w domach gości choinka, pachnie piernikami, rodziny się spotykają, a dzieci... a dzieci i w sumie starsi też, po cichu kombinują, co pojawi się w wigilijny wieczór pod choinką.

W mojej rodzinie tradycja prezentów jest bardzo silna, a już mistrzynią jest moja mama - już od lata coś tam dzierga, wyszywa, kombinuje, już od lata nabywa różne drobiazgi i całkiem pokaźne pakunki, by grudzień nie zaskoczył jej nadmiernymi wydatkami. Najmilsze i tak naprawdę najcenniejsze są te prezenty, które ktoś zrobił sam, ale nie każdy ma takie umiejętności. Zresztą od lat  u nas w rodzinie starsze dzieci, te już piszące, pisały listy do Dzieciątka ( bo to ono w moich okolicach przynosi prezenty), a w tych listach były różne rzeczy - od "chciałabym łyżwy" do "proszę o worek pomarańczy". Ten worek pomarańczy, mający genezę gdzieś w przełomie lat siedemdziesiątych i osiem…

ART - DZIKUSKI CAVALLIEGO - CAVALLI'S WILDINGS

Jest poniedziałek, to jest wyzwanie - przyznam, że dziś jak dla mnie najtrudniejsze z dotychczasowych. No bo z czym kojarzą się dzikuski Cavalliego? Dla siebie samej i dla moich mniej zainteresowanych modą czytelniczek i czytelników - krótka informacja:

Roberto Cavalli urodził się w 1940 roku we Florencji. Swoją pierwszą kolekcję zaprezentował w paryskim salonie Prêt-à-Porter w roku 1970. Pierwszy butik otworzył w 1972 r. w kurorcie gwiazd - Saint Tropez i od razu zdobył serca bogatej klienteli pełnymi przepychu kreacjami.
Kolejne sklepy otwarte w Wenecji, Paryżu, Nowym Jorku, Mediolanie, we Florencji, na Capri czy w Dubaju cieszyły się od początku swojego istnienia wielkim powodzeniem. Na początku lat 70. Cavalli opracował rewolucyjną metodę umieszczania nadruków na skórze i zaczął wytwarzać patchworkowe akcesoria.Jego znakiem rozpoznawczym od początku były   zwierzęce wzory - cętki, panterka i paski zebry. Projektant łączy je z żywymi, jaskrawymi kolorami i złotem. No i poczułam, że …