Przejdź do głównej zawartości

Trzy bez atu

Gracie w brydża? Albo w inne gry karciane? Nieważne, i tak nie o grach chciałam napisać, a o kartach. U mnie w domu gra się w karty od kiedy pamiętam, u moich dziadków w gabinecie stał przepiękny stół, okrągły, na jednej nodze - w tej nodze był barek. Na środku stołu była wykonana techniką intarsji szachownica, a z boku wysuwały się specjalne podstawki na szklankę czy kieliszek. Ot, przepiękny gabinetowy mebel do spędzania wolnego czasu... niestety już go nie ma :(. Wtedy dziadkowie i pokolenie moich rodziców grywało głównie w kanastę, kartami , których wygląd do dziś pamiętam - jedna talia miała koszulki w odcieniach  zieloni, druga w kolorze musztardowo  - brązowym. 
Potem, już w domu mich rodziców, pojawił się znacznie mniejszy stolik,  z blatem z płyty wiórowej przykrytej szkłem, również z szachownicą - ta namalowana była od spodu szyby, i ze trzy razy byłam świadkiem malowania jej na nowo, bo szyba pękała, i była zmieniana. Tyle, że u nas w domu grywało się oprócz kanasty  w brydża albo w skata. Skata nigdy nie opanowałam, nauczył się za to mój mąż.
Co innego brydż... już w liceum wszyscy grywaliśmy, na wycieczkach szkolnych nie było pijaństwa tylko granie w brydża do białego rana, podobnie na wielu spotkaniach towarzyskich. Zabawa pogłębiła się na studiach, gdzie przyswoiłam sobie zasady brydża sportowego, i chociaż nigdy nie osiągnęłam mistrzostwa, nadal grywam i sprawia mi to wielką przyjemność. No, a żeby grać, trzeba mieć karty... Obecnie mam w domu te na zdjęciu poniżej:


  Z wyjątkiem środkowej talii, w małym pudełku, wszystkie pozostałe są marki Piatnik.


 Najdłużej jest ze mną ten komplet - od niego zaczęła się moja pasja do kart Piatnika z linii malarskiej. Tutaj na koszulkach kart są  reprodukcje obrazów Alfonsa Muchy, zawsze sprawiała mi przyjemność gra tymi kartami:


  Niestety zaczęły się niszczyć, i dostałam kolejny komplet, który dziwnym zrządzeniem losu pozostał nierozpakowany - może dlatego, że identyczny dostał mój brat, i stwierdził, że są mało wygodne do grania, cokolwiek to oznacza. No a poza tym... są takie zwyczajne...:


Niby ta sama marka, ale takie zwykłe plastikowe pudełko, i wzór tez jakiś taki banalny... lezą więc, i czekają na inne czasy.

Trzeba było jednak zadbać o nowe karty, bo  moje piękne damy Muchy już miały coraz bledsze oblicza, poszukałam więc w Internecie, bo uznałam, że chcę takie same. I nie mam takich samych... bo jak zobaczyłam te piękności możliwe do nabycia, to nie mogłam się oderwać od przeglądania, a dokonanie wyboru było jak dla mnie niemożliwe. No to kupiłam trzy komplety - znów Muchę, ale nieco inne, Van Gogha, oraz Moneta. Cóż, bardzo lubię ich obrazy...
Zaraz do nich wrócę, najpierw Mucha, bo  tym kompletem gramy teraz najczęściej:


Prawda, że damy na koszulkach są urocze?

Monet tez już jest otwarty, był z nami na ostatnim urlopie, bo cóż można robić wieczorami w miejscu, gdzie oprócz stacji narciarskiej nic nie ma?  No to graliśmy w brydża, nie będę ukrywać, że lekko się przy tym alkoholizując. Było miło.



Poniższy Van Gogh jest jeszcze dziewiczy, czeka na swój czas, ale już się cieszę myślą, że te karty znajdą się w moich rękach. te irysy sa takie piękne... przyciągają wiosnę i lato.



Ostatnia talia, jaką mam w domu, jest pojedyncza, i nie gram nią, i raczej nigdy nie będę - to pamiątka. Dostałam od koleżanki, warszawianki, i to właśnie Warszawie ta talia jest poświęcona - na kartach z figurami są odwzorowane różne warszawskie pomniki wraz z krótkim opisem:


Kiedy myślałam o napisaniu tego postu, przypomniałam sobie wiele innych kompletów kart, które przeszły przez moje ręce. Te na studiach mało już przypominały porządne karty, były totalnie zgrane. Pierwsze Piatniki, które dostałam od rodziców, w pięknym skórzanym etui - chyba gdzieś je jeszcze mam, ale pewnie zagrzebane w pudłach ze starociami. Maleńkie karty do pasjansów, którymi graliśmy w szkole na przerwach, oczywiście w ukryciu, bo nie wolno nam było. I cała masa takich zwykłych, z ciężkich lat  - końca siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i początku dziewięćdziesiątych - nie patrzyłam wtedy na ich urodę, tylko cieszyłam się, że mamy czym grać.

Bo teraz pewnie znów się kiedyś kuszę na jakieś piękności... żywot kart nie jest jakiś bardzo długi...Podobno w pokerowych turniejach każde rozdanie gra się nową talią.

Komentarze

  1. Wstyd się przyznać (a może nie wstyd), ale z kart to tylko w wojnę i makao grałam będąc dzieckiem... Nie pociąga mnie to, ale jak widzę karty potrafią być małymi dziełami sztuki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do wstydu to tutaj nic nie ma, każdy sam wybiera sobie rodzaj rozrywki. Akurat brydż jest tez sportowy, ale powiedzmy szczerze, to taki dziwny rodzaj sportu:). W makao chyba grywałam w podstawówce na koloniach, w wojnę na pewno. Chyba się jeszcze grało w tysiąca... ale słabo się w tych grach orientuję. Tutaj chciałam własnie pokazac urodę samych kart...

      Usuń
  2. W wojnę i świnię:D I w pokera mąż mnie uczył, ale kiepsko mi szło... Nie trzymam emocji na wodzy i nie mam logicznego umysłu:D
    Ale karty masz piękne! Odkąd pamiętam podziwiałam damy w taliach:))
    Od gry zawsze wolałam ciuchy:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to pięknie ubrane kobiety Alfonsa Muchy na moich kartach powinny Ci się spodobac - zresztą ciuchy i karty wcale się nie wykluczają:). A co do pokera - potrafię, ale mnie nie kręci. Nic a nic.

      Usuń
  3. Piękne karty z serii malarskiej - myślę, że granie nimi to rzeczywiście przyjemność i pewnie nawet przegrana jest słodsza ;) . Miłego wygrywania :) - Margot

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym wygrywaniem to niestety różnie bywa - chociaz ostatnio nawet, nawet... poza tym jakoś specjalnie nie zależy mi na samej wygranej, raczej na przyjemności grania, i tu akurat własnie jakośc i uroda kart ma znaczenie.

      Usuń
  4. Piękna kolekcja. ;) Jako dzieci graliśmy w karty z rodzeństwem: standardowo w wojnę, w tysiąca, w kuku? (tak to się chyba nazywało", pasjansa się próbowało układać. Pewnie jeszcze jakieś inne gry były, ale zapomniałam, musiałby mi ktoś od nowa pokazać wszystkie reguły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W kuku też grywałam, na obozach czy koloniach - kto przegrał dostawał kartami po łapach. Oj, co to za głupota była...

      Usuń
  5. Piękne karty, zwłaszcza Mucha ;) ... niestety nigdy mnie nie pociągały i nie nauczyłam się grać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W moim przypadku po prostu od dzieciństwa z kartami obcowałam.. i sporo też dał mi okres studiów - brydż był wtedy szalenie popularny

      Usuń
    2. U mnie w domu nikt nie grał w karty. Na studiach pamiętam ,że nawet kilka razy umówiłyśmy się z koleżankami i kolegami na brydża , ale skończyło się na śmiechach i ostatecznie woleli grać z "dziadkiem" niż ze mną :)

      Usuń
    3. To takie mniej więcej podejście do brydża mają moje dzieci - niby chciały się nauczyć, niby grają... ale raczej to przekładanie obrazków i mnóstwo chichotów, i okazja by razem pobyć. I dobrze, fajnie być razem i dobrze się bawić

      Usuń
  6. U mnie w domu grywało się w gapę, wojnę, tysiąca, psa, baśkę... i w kenta. Pewnie jakieś jeszcze były, ale nie pamiętam dokładnie. Czasem też grywałam z rodzinką, ale mnie to tak nie kręci, jednak lubię tą wesołą atmosferę, bo u nas głównie w chodziło o dobrą zabawę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajne nazwy, większości tych gier nie znam niestety. U mnie zawsze chodzi o zabawę, czasy rywalizacyjne skończyłam na studiach, teraz gram dla przyjemności. Mam jednak przyjaciela, dla którego to bardzo poważna sprawa... grywa na turniejach, wciąz się uczy, trenuje...

      Usuń
  7. No tak, te talie od razu kupuje się znaczone ;-) Każda ma inną kobietę na odwrocie, wystarczy zapamiętać i wygraną mamy w kieszeni ;-) Te arabeski są mało "wygodne", bo każda identyczna, a tutaj wystarczy znać malarstwo van Gogha czy Muchy :-) A propos ubiorów, to ja widzę kobiety częściowo rozebrane, więc nie wiem, czy na tym można wzorować swoje stylizacje (tfu, jak ja nie lubię tego słowa!).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, żeby każda karta miała inną koszulkę:), zamiast grać nieustannie bym sobie oglądała:). Notario, każdy widzi to, co chce zobaczyć, ja widzę ciuchy, ty rozebrane kobiety...hm....hm.... ciekawe, ciekawe....

      Usuń
  8. Nigdy nie przywiązywałam uwagi do kart. Ale uświadomiłaś mi , że warto. Masz piękne karty. Te zwyczajne skojarzyły mi się z moim ostatnim tematem na blogu.:)
    W karty dawniej grałam , ale tylko w makao, wojnę czy w pana.
    Moi rodzice częściej grywali - spotykali się ze znajomymi raz w tygodniu i miło spędzali czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Katarynko, mandale - zwykle dosyć proste - często się na koszulkach kart pojawiają. Albo coś, co je przypomina. Ja jednak, jak widzisz, wolę inne wersje:).

      Usuń
  9. Piękny masz zbiór kart, zwłaszcza te secesyjne...aż żal używać.
    Moi rodzice namiętnie grywali w brydża, nocami nawet. Mieli nawet stałych partnerów, brali udział w różnych zawodach. Ja jakoś nie nauczyłam się, wydawało mi się to zbyt skomplikowane,jak i szachy, a gdy zainteresowałam się , nie miał mnie już kto nauczyć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E, nie żal, bo miło obcować z pięknem, a secesja jest piękna w każdym swoim przejawie, jak dla mnie. W szachy umiem grać, ale w ogóle mnie nie kręcą, nauczyłam się raczej z obowiązku. I wiele rzeczy tak się czasem dzieje... za późno, niestety.

      Usuń
  10. Piękna kolekcja kart. Szkoda, że ten stolik dziadka się nie zachował. Byłaby to prawdziwa perełka. Dziś nikt już nie robi takich mebli właściwie, a jak się gdzieś trafi, to osiągają bajońskie ceny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To był w ogóle cudowny komplet mebli gabinetowych - biurko, stół, szafa, piękne krzesła... wiemy, co się z nim stało, i kto za to odpowiada, ale co z tego... mebli już nie ma... i nie o ich wartośc materialną tu chodzi, a o sentymentalną, i o piękno, którego niestety ktoś nie docenił, zastępując te meble współczesną paździerzową wersją.

      Usuń
  11. Mam stare meble, więc wiem o czym piszesz. Mają duszę i są piękne.
    Jestem pełna podziwu wiedzy, którą masz o kartach. Kiedyś grywałam w brydża, obecnie czas zajmuje laptop.
    Serdeczności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie... mają duszę... tak mi żal, ale niestety o ile wiem one spłonęły. Ja też teraz mnóstwo czasu spędzam z laptopem, ale na brydża jakoś czas się znajduję. No i kiedy jestem na urlopie z rodziną brata, to zawsze gramy.

      Usuń
  12. Nie miałam pojęcia, że karty mogą być takie śliczne. Te wspomniane przez Ciebie, musztardowo- brązowe, były również w moim domu. Jako dziecko układałam z nich domki i na tym moje karciane umiejętności się skończyły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to musiałabyś wejśc na stronę firmy Piatnik - można oczopląsu z zachwytu dostać, chętnie przytuliłabym wszystkie modele, ot tak, do kolekcji...
      A o domkach to świetnie, że mi przypomniałas, pokaze wnukowi:).

      Usuń
  13. Nigdy nie graliśmy w karty razem... Moi rodzice w brydża czasem, razem - nie. Ale za to lubię ozdobne memory. Z muzeów francuskich np. sobie poprzywoziłam, z muzeum Picassa (nie wiem, czemu jest we Francji, ale jest) i Moneta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś nigdy na fajne memory nie trafiłam, ale skoro wiem, że są - to będę szukać, przy okazjach, rzecz jasna. A granie z rodzicami jest dziwne - szczególnie, że moj tata to choleryk, na co dzień zdominowany przez mamę - gra pozwala mu na ujawnienie prawdziwego oblicza:).

      Usuń
  14. Karty teraz bardzo ładne. Masz ciekawą kolekcję.
    W brydża kiedyś się uczyłam ale nie gram /mąż gra/.
    Ja to tylko w remika ha!ha! Pozdrawiam serdecznie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja z kolei nigdy nie grałam w remika, chociaż znajomi owszem, tak. A kolekcję chyba powiększę, bo znów widziałam piękne karty...

      Usuń
  15. Ja w dzieciństwie grałam tylko w wojnę:-) Ale kolekcja Twoich kart robi wrażenie:-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W wojnę tez grałam, tylko dośc szybko mi się to nudzić zaczynało:).

      Usuń
  16. Witaj, Anno.

    Piatniki to takie małe dziełka sztuki.
    My najczęściej grywamy w kanastę, w tysiąca, albo w pokera na zapałki :)
    W brydża rzadko, ze względu na brak czasu.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy ja wiem, czy na brydża trzeba więcej czasu? My typową turniejową szesnastkę gramy około dwóch godzin, ale można przeciez zagrać tylko robra, albo mniej rozdań niż 16. A co do kart - własnie znalazłam nowe... i chyba się na nie skuszę.

      Usuń
  17. Ja podobnie jak Iwona Kmita tylko w wojnę i w Piotrusia.... pojęcia o niczym innym nie mam.
    No trudno ale wstyd taki...
    :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale jaki niby wstyd? czy gra w karty to jakiś obowiązek? Masz tyle umiejętności, Stokrotko...

      Usuń
  18. Piękne karty, chyba nigdy w życiu nie widziałam takich małych cudów :) Jeśli chodzi o grę, to gdy byłam dzieckiem rodzice nauczyli mnie grać w wojnę i często ich zmuszałam do wspólnych rozgrywek. Potem to się skończyło nie wiadomo kiedy :) Czasem grało się też wtedy z koleżankami, pamiętam jak jedna nauczyła mnie grać w świnię :) Więc moje dzieciństwo było ubogie, bo znałam tylko dwie gry :) Karty wróciły potem jeszcze dopiero do łask w 1 klasie liceum. Wtedy pojawiła się jakaś moda i kilkanaście tygodni graliśmy na przerwach w makao i to właśnie wtedy klasa nauczyła mnie w to grać, bo wcześniej nie miałam okazji :) Często graliśmy też ze sobą online na Kurnik.pl Teraz od święta wejdę na tę stronę i usiądę na stole z makao. Wciąga, ale tak rzadko człowiek tam bywa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach i jeszcze gra w kenta :) W przerwach od makao w liceum zdarzało nam się grać w kenta. Też nie znałam tego wcześniej, dopiero w szkole nauczyłam się tych rozgrywek :)

      Usuń
    2. Nigdy nie próbowałam grać w karty online, bo to dla mnie rozrywka typowo związana z towarzystwem. Makao to jakoś kojarzę, ale kent? Chyba nigdy nie słyszałam.

      Usuń
  19. Moi rodzice grywali w brydża. Próbowali mnie nauczyć, ale było chyba za wczwśnie na mnie. Szkoda. Teraz pojawiła się okazja do nauki, może skorzystam. A jeśli nie to przynajmniej karty sobie kupię, Twoje z Muchą mnie zachwyciły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Korzystaj, jak masz okazję, to jednak całkiem sensowna rozrywka jest. A co do kart - zajrzyj na strone Piatnika, to jest w linii Malarstwo

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Rodzinne pamiątki

Ten post dedykuję Margot z bloga http://iameverywoman.eu - ona już kilka razy napisała o tym, co w moim odczuciu jest bardzo ważne, i co łączy nas z naszymi przodkami - o tym, co trwa w naszych rodzinach, przekazywane z pokolenia na pokolenie, co jest piękne już samą patyną czasu, a co zwykle jest też piękne samo w sobie.

Ze strony mojej mamy moja rodzina dość dobrze zna swoje korzenie, mamy dobrze opracowane drzewo genealogiczne, sporo fotografii, trochę starych książek, i sporo wspomnień. Ze strony mojego taty jest nieco słabiej, ale też sporo wiem. Niestety nigdy nie poznałam mojego dziadka, ojca mojego taty, bo zmarł nim jeszcze moi rodzice się poznali, za to babcię na szczęście tak.

 Ja jednak  nie o historii rodziny chcę tu pisać, tylko o pewnym wyjątkowym przedmiocie, który po babci odziedziczyłam. To maszyna do szycia - cudowna, stara singerka, powstała na początku XX wieku, do dziś działająca.
Niestety zdjęcia są dosyć słabej jakości,  maszyna jest tak ustawiona, że trudno ją…

Pomysły na prezenty

Idą Święta.... I chyba niezależnie od wyznawanych poglądów dla przeważającej większości polskich rodzin to czas, gdy w domach gości choinka, pachnie piernikami, rodziny się spotykają, a dzieci... a dzieci i w sumie starsi też, po cichu kombinują, co pojawi się w wigilijny wieczór pod choinką.

W mojej rodzinie tradycja prezentów jest bardzo silna, a już mistrzynią jest moja mama - już od lata coś tam dzierga, wyszywa, kombinuje, już od lata nabywa różne drobiazgi i całkiem pokaźne pakunki, by grudzień nie zaskoczył jej nadmiernymi wydatkami. Najmilsze i tak naprawdę najcenniejsze są te prezenty, które ktoś zrobił sam, ale nie każdy ma takie umiejętności. Zresztą od lat  u nas w rodzinie starsze dzieci, te już piszące, pisały listy do Dzieciątka ( bo to ono w moich okolicach przynosi prezenty), a w tych listach były różne rzeczy - od "chciałabym łyżwy" do "proszę o worek pomarańczy". Ten worek pomarańczy, mający genezę gdzieś w przełomie lat siedemdziesiątych i osiem…

ART - DZIKUSKI CAVALLIEGO - CAVALLI'S WILDINGS

Jest poniedziałek, to jest wyzwanie - przyznam, że dziś jak dla mnie najtrudniejsze z dotychczasowych. No bo z czym kojarzą się dzikuski Cavalliego? Dla siebie samej i dla moich mniej zainteresowanych modą czytelniczek i czytelników - krótka informacja:

Roberto Cavalli urodził się w 1940 roku we Florencji. Swoją pierwszą kolekcję zaprezentował w paryskim salonie Prêt-à-Porter w roku 1970. Pierwszy butik otworzył w 1972 r. w kurorcie gwiazd - Saint Tropez i od razu zdobył serca bogatej klienteli pełnymi przepychu kreacjami.
Kolejne sklepy otwarte w Wenecji, Paryżu, Nowym Jorku, Mediolanie, we Florencji, na Capri czy w Dubaju cieszyły się od początku swojego istnienia wielkim powodzeniem. Na początku lat 70. Cavalli opracował rewolucyjną metodę umieszczania nadruków na skórze i zaczął wytwarzać patchworkowe akcesoria.Jego znakiem rozpoznawczym od początku były   zwierzęce wzory - cętki, panterka i paski zebry. Projektant łączy je z żywymi, jaskrawymi kolorami i złotem. No i poczułam, że …