Przejdź do głównej zawartości

Coś bym zjadła...

Robiłam  sobie porządek na pulpicie komputera, i znalazłam niewielki katalog, do którego powrzucałam po wakacjach zdjęcia indonezyjskiego jedzenia - miałam zamiar o tym napisać. Sporo już czasu upłynęło, ale może lepiej późno niż wcale:). Bo jedzenie zarówno na Jawie, jak i na Bali bardzo mi smakowało. Wydawało mi się, że będzie ciężko, bo nie jestem wielką fanką ryżu, a okazało się, że ryż podawany tam, a to co ja sama gotuję, to są zupełnie różne dania... A jedliśmy zarówno w hotelach, jak i w restauracjach "na mieście", ale też nasz fantastyczny przewodnik zaprowadził nas w miejsce, gdzie jadają tubylcy. I to jedzenie może nie wyglądało zbyt efektownie, ale było przewspaniałe.
To była taka cała uliczka straganów z jedzeniem, przy każdym jeden czy dwa małe stoliki. Nikt tam nie mówił po angielsku, ale na szczęście były obrazki, a nasz przewodnik, z wielką cierpliwością bawił się w tłumacza.  Wszystko było podejrzanie tanie... jak już wspomniałam, wyglądało dziwnie...:



Muszę jednak przyznać, że smakowało doskonale, znacznie lepiej niż wyglądało. Na pierwszym talerzu jest coś, co przewodnik nazwał "taka warzywna sałatka" - i rzeczywiście, w większości były to gotowane warzywa, wszystko w jakimś sosie, ale połowy nie umiałam nazwać.  Mąż jadł to na drugim talerzu, to przynajmniej dało się określić - ryż z wołowiną. Mniam, mniam, smakowite było bardzo.

Tu poniżej coś, co można było nabyć wszędzie - to młody kokos, któremu obcinają maczetą wierzch, a do środka wkładają rurkę - i można napić się wody kokosowej. Niezłe, ale podstawową wadą była dla mnie temperatura - napój w środku był dosyć ciepły, bo i przecież tam ciepło.... Chętnie bym skosztowała tego po przetrzymaniu w lodówce:).


Poniżej cała seria dań już restauracyjnych, w większości jadaliśmy w knajpkach przy plaży, albo gdzieś przy drodze w trakcie zwiedzania okolicy.
Na poniższym zdjęciu trzy różne rodzaje ryby, dodatkowo z krewetkami, a całość ułożona na ryżowych "postumentach":

Tutaj kurczak z ryżem i szpinakiem - wszystko super, tylko kurczaka to oni dziabają na niewielkie kawałki, i właściwie to nie wiem, jaką część mi podano:



Tutaj znów ryby, na pierwszym zdjęciu takie prosto z patelni, a na drugim steki z tuńczyka:
\




Z kolei to danie podbiło nasze kubki smakowe. W dodatkach oczywiście ryż i rozmaite jarzyny, natomiast w tej gorącej patelni jest niesamowicie dobra wołowina. Pan przyniósł ją jeszcze w innym naczyniu, i dopiero przy stoliku przełożył do czekającej, rozgrzanej patelni. Och, palce lizać...



Do jednej z knajpek poszliśmy kilka razy, ponieważ podawali tam w ramach "poczekajek" na danie główne przepyszne chipsy - nie chipsy ze szpinaku, zanurzonego w jakimś cieście, i napój z buraków.   No nie spodziewałam się, że to może być takie pyszne:)



Niestety wszystko co dobre, kiedyś się kończy, i poniżej już tylko pożegnalny obiad, na który wybraliśmy się z towarzyszami podróży. każdy zamówił coś innego, ale nie ukrywam, że cos tam pokombinowaliśmy, żeby kosztować jak najwięcej przysmaków.  Wybieraliśmy głównie ryby i owoce morza, ale akurat ja postanowiłam zjeść coś typowo lokalnego, i dostałam ogromny talerz z różnościami - były tam panierowane jajka, pieczone tofu, jakieś mięso na patyczkach, krewetkowe chipsy, jakieś ryby...  no i oczywiście przewspaniały ryż:



Nie wiem dlaczego, ale wszyscy chcieli skosztować moje jajka. A co to, tam kury inne znoszą? Proszę, jakie cuda czekały, a ja musiałam dzielić połówkę jajka na sześc części:)




Wiem, że różne są powody, dla których ludzie podróżują. Dla mnie jednym z kilku powodów jest zawsze chęć poznania lokalnej kuchni - chętnie jem to, co tam gdzie jestem rośnie i biega ( no jestem mięsożercą). Polskie jedzenie to sobie zrobię w domu...

Komentarze

  1. od razu zrobiłam się głodna :) super jedzenie :) Też jestem zwolenniczką wielozmysłowego poznawania świata ...Zobacz, dotknij, posłuchaj, powąchaj, zjedz... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapamiętam te słowa - wielozmysłowe poznawanie świata. Bardzo sa pięknie, i jak pięknie to brzmi...

      Usuń
  2. Witaj, Anno.

    Mam podobne zdanie i też staram się próbować jak najwięcej lokalnych potraw, co czasem nie kończy się zbyt przyjemnie, ale potem przynajmniej z dumą mogę mówić: "Jadłam." :)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, w czasie wizyty w jednym z krajów Ameryki Południowej omal nie umarłam, najprawdopodobniej właśnie z powodu czegoś, co zjadłam - tak źle jak wtedy nie czułam sie jeszcze nigdy w zyciu, uratowała mnie mate de coca z jakimś dziwnym lokalnym dodatkiem... wiem więc, o czym piszesz - a problem polega na tym, że nie wiem, czym sie chwalić w kwestii jedzenia, bo nie przypominam tam sobie niczego dziwnego...

      Usuń
  3. Ależ smakowicie się zrobiło:) Warto próbować innych egzotycznych kuchni, wszak kubki smakowe tez były w podróży;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mario, właśnie tak, przeciez podrózuje się całą swoją osobą:)

      Usuń
  4. O, to to to... Uwielbiałam (no, kiedyś, gdy jeszcze jeździłam troszeczkę po świecie, niezbyt odległym, ale też dla mnie egzotycznym :) ) smakować kuchnie tych miejsc, w których byłam. To takie dopełnienie urody świata. Staraliśmy się w czasie naszych wyjazdów nie korzystać z restauracji "dla turystów", co nie zawsze było łatwe :) Jestem szczęśliwa, że parę razy udało nam się zjeść pyszności rozmaite w bardzo różnych miejscach. Czasem było dziwnie, czasem było smiesznie, dużo by pisać.... A gdy tak myślę, zachęcona Twoim smakowitym tekstem, co mnie najbardziej zachwyciło, to dochodzę do wniosku, że jednak jest to coś z naszej rodzimej kuchni regionalnej. Byliśmy kiedyś w absolutnie cudownym miejscu - samym sercu Puszczy Augustowskiej. Gościli nas absolutnie cudowni ludzie, długo by pisać... Jako że jesteśmy zwolennikami smakowania regionalnych specjałów, postanowiliśmy wtedy skosztować klusek pt. "kartacze". Można je nabyć w byle sklepie (mrozone, owalne kluski z mięsem). Ale co na miejscu, to na miejscu. Pierwsze podejście do kartaczy - na spacerowym stateczku po jednym z jezior - masakra.... Niezrażeni tym paskudztwem, spróbowaliśmy kartaczy w restauracji (no, takiej dla turystów) - odrobinę lepiej, ale bez fajerwerków. ...A później zaprosił nas do siebie na kartacze nieprawdopodobnie cudny człowiek, taki jeden wspaniały leśnik spod Augustowa. Kartacze przygotowała jego mama... Zapraszając nas zastrzegł, że MUSIMY być równo o czternastej. Spieszyliśmy sie bardzo, gubiąc po drodze trochę sprzętu tutystycznego i - czując respekt przed tym naszym znajomym - nie wracając po zgubę. Ale i tak myślałam, że nas zasztyletuje, ponieważ parę minut się spóźniliśmy... Tego, co nastąpiło później, nie da się opisać żadnym ludzkim językiem. "Niebo w gębie" to zdecydowanie za mało!!! :) Tego się nie da zapomnieć! Warto, oj warto smakować regionalne kuchnie... No tak. Kurczę, przypomniało mi się. Parę dni później spotkało nas znów coś cudownego. Po przepięknej konnej wyprawie po Puszczy Augustowskiej - no, absolutnie wspaniała przyroda, Wigry, konie wspaniałe, noc gwiaździsta..., potem ognisko... I danie z dziczyzny... mmmm.... nie do zapomnienia... nie jadłam nigdy w życiu lepszego mięsiwa....Fajnie, że dzięki Tobie nasuwają się takie wspomnienia..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się z Tobą w pełni zgadzam, a takich wędzonych sielaw jak nam kiedyś zaproponowano na biwaku na Mazurach to w życiu nie jadłam... gośc wędrował od łódki do łódki, proponował te sielawy, wszyscy go zbywali. Ulitować się tylko chcieliśmy, kupiliśmy trochę. Za 5 minut biegalismy po okolicy, żeby go znaleźć, bo te rybki to własnie było takie coś, że niebo w gębie to za mało. A kiedyś, również na Mazurach, byłam służbowo i nocowałam w jakiś dziwnej , nie najlepiej wyglądającej agroturystyce. Za to to, co nam tam podawano do jedzenia...chyba utyłam z 5 kilo w ciągu trzech dni:).

      Usuń
  5. No to mnie ubiegłaś. Bo jakoś nie pisałam jeszcze o jedzeniu, chociaż planuję od dawna. Tyle, że ja tutejszą kuchnią się nie zachwycam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewo, ja tam jadłam dwa tygodnie, a Ty jednak znacznie dłużej. Nie zdążyłam się ani znudzić, ani zdziwić. Poza tym na Bali to głównie te owoce morza jadłam... jedynie na pewno oboje z mężem stwierdziliśmy, że ryż nam służy, i teraz , od powrotu, zjadamy go znacznie więcej niż kiedys, z dobrym skutkiem. A ja z wielką przyjemnościa poczytam, co o jedzeniu napiszesz, bo to będzie znacznie głębsze niż moje migawki:).

      Usuń
    2. A, poza tym ja lubię zupy - a żadnej nie sfotografowałam, a tez jadłam je właściwie i do sniadania , i do kolacji - te wszystkie pikantne rosołki...i w sumie nie wiem, czy to było typowe dla Indonezji, czy nie.

      Usuń
  6. Same smakołyki;) Już od patrzenia człowiek robi się głodny;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A żebyś wiedziała, przeciez oczami tez jemy:)

      Usuń
  7. Znajac życie to pewnie trzy czwarte z tego bym nie zjadła :D wielu rzeczy nie jem, więc pewnie byłby problem :D lubię poznawać nowe smaki i to bardzo, ale w większości i tak zawsze coś jest nie tak :D no ale co poradzisz, widocznie nie dla mnie podbój obcych kuchni ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziwnego to właściwie tam nic nie był - tyż, kurczak, owoce morza, jarzyny. To zwykle kwestia przypraw i sposobu gotowania...

      Usuń
  8. Narobiłaś smaka Anno tymi oryginalnymi smakołykami a ja przed śniadaniem ha!ha!
    Kokos mnie zaciekawił, napić się fajnie takiej wody tylko szkoda, że była za ciepła.
    Pozdrawiam serdecznie, miłego dnia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O ile wiem, te kokosy podaje się w wielu krajach, w których one rosną - potem wszędzie walają się te łupiny... to bylo smaczne, tylko ja po prostu wolę tego typu napoje zimnniejsze, a to miała temperaturę otoczenia, czyli przynajmniej 27-28 stopni albo więcej

      Usuń
  9. Wbrew pozorom napój nie z lodówki lepiej gasi pragnienie niż się nam wydaje. Latami całymi nie jadałam ryżu, aż do chwili, gdy rodowita Kolumbijka (moja sąsiadka)postawiła przede mną "kolorowy" ryż. Ten akurat był czerwony a jego kolor i smak pochodził od tego w czym się gotował i w jaki sposób był doprawiony. Od tej pory jestem fanką ryżu, robię go na "1500 sposobów"- i jako danie główne i jako deser i jako przystawkę lub sałatkę. A w domu stale od dawna używam oleju kokosowego, mąki kokosowej, mleka kokosowego, kurkumy i curry, ale łagodnego. Ogólnie rzecz biorąc najmniej gotuję typowych polskich dań, bo nawet mój bigos jest raczej mało polskim daniem, a schabowy panierowany- już nawet zapomniałam jak wygląda i smakuje.
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ oczywiście masz rację co do gaszenia pragnienia, ja tylko chciałabym spróbować tej wody kokosowej zimnej w celach poznawczych - przykładowo ciepła coca-cola jest dla mnie wstrętna, zimna bardzo mi smakuje. pewnie smakowałaby mi woja kuchnia, chociaz ja nie jestem fanką oleju kokosowego akurat. Curry tez niekoniecznie, reszta owszem:).

      Usuń
  10. O matko, jaka głodna się zrobiłam, czas na drugie śniadanie!
    Marzy mi się podróż dookoła świata śladami smaków i zapachów, a takie chińsko- azjatycko- egzotyczne uwielbiam:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie chyba też najbardziej smakuje azjatyckie jedzenie, ale to tak, jakby powiedziec, że smakuje wszystko...bo to tak bogaty w smaki i zapachy region, że nie ma żadnych szans na skosztowanie wszystkiego. Tu raczej chciałam podkreślić ryz we wszystkim.

      Usuń
  11. Anno, smaki w podróżowaniu są jak najbardziej wskazane, pozwalają poznać lokalne potrawy, przybliżają dany kraj, jego zapachy, produkty, owoce i przyprawy od których kręci się w głowie i w nosie. Południowe owoce zbierane naturalnie mają inny smak niż te z marketu.
    Serdeczności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, takich bananów, jak w kraju ich pochodzenia, to nigdy wcześniej nie jadłam...

      Usuń
  12. Ja też uwielbiam jeść, a na urlopach to już bardzo, bardzo. zazdroszczę ci, że mogłaś próbować tych egzotycznych przysmaków. Dobrze, że jestem świeżo po o biedzie bo bym chyba skrętu żołądka dostała, patrząc na te zdjęcia. Zgadzam się z Ultrą, że kraj warto poznawać poprzez smaki, zapachy, jedzenie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za mną chodzi teraz takie prawdziwe, japońskie sushi. I amerykański stek. i wciąz pamiętam, jakie pyszne było mięsko z renifera...

      Usuń
  13. A ja właśnie napisałam o smakach Portugalii :) Z Indonezji nie mam zdjęć potraw. Byłam tam lekko zaziębiona i nie smakowało mi prawie nic. Próbowałam, ale z rosołu jarzynowego wyjadłam tylko płyn, jarzyny były ledwo sparzone, twarde, surowe. Przyprawa w smżonym makaronie była okropna. Smaczna była jagnięcina, ale ponoć nowozelandzka. Jadłam też zupę dyniową, no, wreszcie smakowała, jak moja "austriacka" domowa, tylko miała więcej imbiru. I był kurczak glazurowany karmelem z dużym krupukiem, byłam po raftingu, więc głodna, wszystko mi smakowało. Na ryby jakoś nie trafiłam, na pewno by mi smakowały, uwielbiam tuńczyka. A kokosowa woda - nie bardzo, mimo, że akurat z chłodni. Jakieś kwaskawe, nie zasmakowałam. Natomiast przy tym braku apetytu bardzo smakowała mi kawa i wcale nie kopi luwak, tylko normalna miejscowa średnio palona. Mąż wziął kawę frapuccino gęstą od lodów i kawałków lodu. Była świetna, tylko ze względu na zaziębienie tylko jej spróbowałam. Dla mnie wyjazdy to też przygody kulinarne. I wszędzie, gdzie jestem próbuję słodkich ciast, bo jestem okropnym łasuchem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, taką świezutką pieczoną sardynkę zjeść... z tym najbardziej kojarzy mi sie Portugalia...A co do kawy masz rację - ta zwykła, podawana wszędzie, była znakomita, chociaż dla mnie nieco za mocna - ale i tak znakomita.

      Usuń
  14. Przyznać się muszę, że smakowicie z Tobą przeniosłam się w czasie. Lubię ryż, ryby, szpinak, więc smakowało mi bardzo:)) Bardzo fajnie się czytało, jednym tchem można powiedzieć. Ładnie napisałaś, ciekawie i ładne fotki:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki, smacznego więc życzę. A ryby to ja moge nieustannie:)

      Usuń
  15. Muszę powiedzieć, że jedzenie na fotografiach podziałało na moje kubki smakowe ;)
    Serio, zgłodniałam...
    W innym kraju byłabym w stanie zjeść wszystko oprócz owoców morza i...robali ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat owoców morza tu sporo, bo oboje z mężem bardzo chętnie je jadamy. Co do robali - to raczej tez niechętnie, ale w sumie to nie wiem, może już jadłam, nieświadomie

      Usuń
  16. Świadomie czytałam ten wpis jedząc obiad, bo w innym wypadku, ślinka by mi ciekła. Pierwsze zdjęcia może i nie do końca apatycznie, ale te na samym końcu... Aż się zapragnęło próbować tego oczami a potem biec i eksperymentować w kuchni z tym co akurat mam się pod ręką :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, ryż to zwykle w kuchni mamy... tylko że wcale nie jest łatwo zrobić taki, jaki tam podawali - eksperymentuję, ale chyba jednak zainwestuję w specjalny rice-cooker.

      Usuń
  17. Też bym coś zjadła:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no ba! jakoś tez nów zgłodniałam...

      Usuń
  18. Odpowiedzi
    1. To kiedy zrobimy jakies wspólne mniam?

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

ART - DZIKUSKI CAVALLIEGO - CAVALLI'S WILDINGS

Jest poniedziałek, to jest wyzwanie - przyznam, że dziś jak dla mnie najtrudniejsze z dotychczasowych. No bo z czym kojarzą się dzikuski Cavalliego? Dla siebie samej i dla moich mniej zainteresowanych modą czytelniczek i czytelników - krótka informacja:

Roberto Cavalli urodził się w 1940 roku we Florencji. Swoją pierwszą kolekcję zaprezentował w paryskim salonie Prêt-à-Porter w roku 1970. Pierwszy butik otworzył w 1972 r. w kurorcie gwiazd - Saint Tropez i od razu zdobył serca bogatej klienteli pełnymi przepychu kreacjami.
Kolejne sklepy otwarte w Wenecji, Paryżu, Nowym Jorku, Mediolanie, we Florencji, na Capri czy w Dubaju cieszyły się od początku swojego istnienia wielkim powodzeniem. Na początku lat 70. Cavalli opracował rewolucyjną metodę umieszczania nadruków na skórze i zaczął wytwarzać patchworkowe akcesoria.Jego znakiem rozpoznawczym od początku były   zwierzęce wzory - cętki, panterka i paski zebry. Projektant łączy je z żywymi, jaskrawymi kolorami i złotem. No i poczułam, że …

Rodzinne pamiątki

Ten post dedykuję Margot z bloga http://iameverywoman.eu - ona już kilka razy napisała o tym, co w moim odczuciu jest bardzo ważne, i co łączy nas z naszymi przodkami - o tym, co trwa w naszych rodzinach, przekazywane z pokolenia na pokolenie, co jest piękne już samą patyną czasu, a co zwykle jest też piękne samo w sobie.

Ze strony mojej mamy moja rodzina dość dobrze zna swoje korzenie, mamy dobrze opracowane drzewo genealogiczne, sporo fotografii, trochę starych książek, i sporo wspomnień. Ze strony mojego taty jest nieco słabiej, ale też sporo wiem. Niestety nigdy nie poznałam mojego dziadka, ojca mojego taty, bo zmarł nim jeszcze moi rodzice się poznali, za to babcię na szczęście tak.

 Ja jednak  nie o historii rodziny chcę tu pisać, tylko o pewnym wyjątkowym przedmiocie, który po babci odziedziczyłam. To maszyna do szycia - cudowna, stara singerka, powstała na początku XX wieku, do dziś działająca.
Niestety zdjęcia są dosyć słabej jakości,  maszyna jest tak ustawiona, że trudno ją…

Pomysły na prezenty

Idą Święta.... I chyba niezależnie od wyznawanych poglądów dla przeważającej większości polskich rodzin to czas, gdy w domach gości choinka, pachnie piernikami, rodziny się spotykają, a dzieci... a dzieci i w sumie starsi też, po cichu kombinują, co pojawi się w wigilijny wieczór pod choinką.

W mojej rodzinie tradycja prezentów jest bardzo silna, a już mistrzynią jest moja mama - już od lata coś tam dzierga, wyszywa, kombinuje, już od lata nabywa różne drobiazgi i całkiem pokaźne pakunki, by grudzień nie zaskoczył jej nadmiernymi wydatkami. Najmilsze i tak naprawdę najcenniejsze są te prezenty, które ktoś zrobił sam, ale nie każdy ma takie umiejętności. Zresztą od lat  u nas w rodzinie starsze dzieci, te już piszące, pisały listy do Dzieciątka ( bo to ono w moich okolicach przynosi prezenty), a w tych listach były różne rzeczy - od "chciałabym łyżwy" do "proszę o worek pomarańczy". Ten worek pomarańczy, mający genezę gdzieś w przełomie lat siedemdziesiątych i osiem…