Przejdź do głównej zawartości

Sao Antao , część I

W poprzednim poście pisałam o Sao Vincente, jednej z Wysp Zielonego Przylądka, dziś pora na kolejną ( a raczej na część kolejnej), Sao Antao czyli Wyspę Świętego Antoniego. Figura tego świętego góruje zresztą nad wyspą, posąg stoi na wzgórzu nad największą miejscowością. 
Na poniższym zdjęciu widok wyspy z oceanu - dotarliśmy na nią promem, to nieco ponad godzina rejsu z Sao Vincente. Akurat tyle, by ponapawać się widokami, zrobić kilka fotek i wypić całkiem niezłą kawę.


Już na tym zdjęciu widać, że za zielono to tam nie jest..., aczkolwiek ta wyspa ma przynajmniej dwa źródła wody, więc jest znacznie lepiej. Nie zmienia to jednak ogólnych zasad - woda w kranach tylko odsalana, większość wody pitnej dla nie-tubylców jest przywożona w butelkach, pada tylko czasami.

Drogi na wybrzeżu bywają gdzieniegdzie asfaltowe, w głębi wyspy tylko takie, jakie widać poniżej - wykute w skałach, i nawierzchnia to kostka z tychże skał. Drogi są wąskie, i bez napędu na cztery koła raczej nie wróżę kierowcy powodzenia. Przed każdym zakrętem należy trąbić, bo wyminąć się nie ma szans - trzeba się cofnąć do nieco szerszego miejsca. Momentami robiłam się chyba zielona, bo przepaść bywała całkiem spora, a zabezpieczenia...hm... bywały. 


Na jednym z punktów widokowych można było spojrzeć na wyspę - pustynnie, sucho, dziko i pięknie. W oddali ocean i widok na kolejną z wysp.


Wspinając się jeepem w górę mijaliśmy na przykład takie zjawiska:




Przy osiołku widać butle z wodą - spotykaliśmy także osoby niosące takie butle. Jak widać, nawet paszę dla nielicznych zwierząt trzeba do zagubionych w górach osad wnieść. 

Tu kolejne spojrzenie z góry - zdjęcie jest nieco zamglone, bo im wyżej, tym nieco więcej wilgoci - nad wyspą wisi warstwa chmur,  z których wprawdzie deszcz nie pada, ale  pojawia się  w powietrzu nieco wilgoci. Mało to jednak wpływa na uprawy, zresztą ogólnie na Wyspach  uprawia się tylko około 10% powierzchni.


Często uprawy są prowadzone w kraterach wulkanów, najczęściej czynnych - nie oznacza to, że wybuchną natychmiast, ale martwe nie są.  Na kolejnym zdjęciu takie właśnie pola w kraterze. Warto tu też dodać, że na wyspie Fogo ( niestety nie odwiedziłam jej) w takim kraterze hoduje się nawet winorośl, z której produkuje się całkiem niezłe białe wino - nie powala, ale jest  przyjemne. 



W któryms momencie wyjechaliśmy ponad wspomniane chmury - naprawdę niesamowity widok... zjeżdżając niżej ciekawie było  z kolei obserwować moment, gdy chmury zostawały powyżej.
To białe na zdjęciu to oczywiście chmury:)


W poprzednim wpisie wspomniałam już o "ogniu Afryki" - to piękne drzewo rosnie równiez na Sao Antao, w naprawdę niesamowitych miejscach:





Są jednak na Sao Antao zielone miejsca, wysoko w górach, gdzie pojawia się jakieś źródło, i jest nieco chłodniej, natychmiast pojawiają się wioseczki i niewielkie pola uprawne. Ludzie hodują tam maniok, yamy, nieco kukurydzy, banany, papaje, mango,  fasolę, bywa też maracuja. Czasem można tez zobaczyć ziemniaki, chociaż częściej słodka odmianę niż nasze poczciwe pyry. 




Na Sao Antao nie ma właściwie typowych, piaszczystych plaż, wybrzeże wygląda dość ponuro i drapieżnie, a woda jest znacznie chłodniejsza, niż sądziłam, chociaż bardzo przyjemna. Podczas odpływu widać kamieniste dno i mnóstwo żyjątek - małe kraby, krewetki, i inne dziwolągi, co do których nie jestem pewna, co to:




Najciekawsze jednak miejsce na wyspie to dla mnie niesamowita osada Fontainhas - podobno francuscy mnisi, którzy na wyspę dopłynęli, z małej zatoki zobaczyli wysoko w górze źródło i wypływający z niego wodospad ( nie ma po nim śladu), i postanowili założyć tam osadę. Ta szczęśliwie trwa do dziś, ale dojazd do niej to kompletny hardcore.  Droga  oczywiście wąska, brukowana, niesamowicie kręta, momentami nie wiem jak było, bo wolałam zamknąć oczy, bardziej odważny kolega ma mi przysłać zdjęcia.  Ogólnie wyglądało to mniej więcej tak:





Niesamowita sceneria, ostatni kilometr pokonaliśmy już piechotą, na miejscu dostaliśmy kawę - nawet, gdyby była paskudna, wszyscy wypiliby ją z rozkoszą. I miejscowy muzyk dla nas zagrał i zaśpiewał... i mogliśmy obejrzeć, jak tam się żyje... i docenić to, co mamy w Europie.

Dalszy ciąg Sao Antao nastąpi - na przykład byłam tam w szkole:).

Komentarze

  1. Ależ miałaś przygody! Widoki rzeczywiście mrożące krew w żyłach!
    Bardzo ciekawie opowiadasz pięknie ilustrując.
    Muszę przeczytać pierwszą część opowieści!!!
    Pozdrawiam bardzo serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widoki były przepiękne, i warte każdego strachu. Do pierwszej części serdecznie zapraszam, a następne niebawem:)

      Usuń
  2. Witaj, Anno.

    Masz rację - dopiero po powrocie do domu człowiek uświadamia sobie, jakim dobrodziejstwem jest taka na przykład woda w kranie albo nieodśnieżona, ale prosta droga:)

    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie tak jest - żyjemy w niewyobrażalnym luksusie, a stale narzekamy ( ok, nie wszyscy, ale sporo nas). Warto sobie to uświadomić.
      ps
      tęsknię za twoim pisaniem, ale ostatnio wpadam tylko na chwilę wszędzie, a do Ciebie na chwilę się nie da, bo zmuszasz do refleksji. Nadrobię, bo chcę.

      Usuń
  3. Ojejku, już widzę te przepaści! Od samego wyobrażenia kręci mi się w głowie.
    Nie masz wrażenia, że ludzie żyjący w takich surowych warunkach są szczęśliwsi? Mi się zdarza taka myśl.
    Może byś kiedyś napisała o pływach, proszę. Jotka też jest zainteresowana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No miałam taki trudny moment - jechałam jeepem , ale na pace, a droga się wiła, kręciła, góra, dół... nie byłam w stanie wyjąć telefonu z torebki, by robić zdjęcia:)
      O pływach kiedyś będzie -ale to dłuższy temat....

      Usuń
    2. No dłuższy. Im więcej o tym czytam tym mniej rozumiem. Za każdą próbę dziękuję

      Usuń
    3. Najważniejsza jest grawitacja, księżyc, i Słonce - Ale to księżyc, jako ciało o określonej masie będącej blisko nas, ( w skali kosmicznej oczywiście) "ciągnie " wodę. No i on się kręci wokół nas, my wokół słońca razem z nim...
      A tak poważnie - przyznam, że zabiłas mi klina, bo szukam prostego sposobu wyjasnienia - i nie za bardzo umiem bez pokazu i miliona słów komentarza...

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo, chociaz przyznam się, że mam zawsze w takiej sytuacji nieco mieszane uczucia - bo jak obiekty atrakcyjne, to łatwo ładną fotkę pstryknąć... a ja pstrykam tylko komórką:).

      Usuń
  5. Piękna podróż. Masz rację, że zwiedzanie setnego z kolei kościoła i podobnych atrakcji miejskich w końcu nuży. Ja chyba podobnie, jak ty muszę się przemieszczać w nowym terenie i krajobrazy, przyroda ciekawią mnie bardziej niż te różne turystyczne "stolice". Afryki się trochę boję, nie ciągnie mnie. Ale uwielbia wyspy. I też już w pewnym momencie zawiesiłam oko na Wyspach Zielonego Przylądka. Podglądam jeszcze parę razy twoje zdjęcia, poczytam kilka razy i może zacznę planować ? ;) Bardzo ciekawe miejsca interesująco opisane :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zajrzyj, Haniu, jeden post wstecz i zapraszam za kilka dni na ciąg dalszy. A z Afryki niesamowicie pociaga mnie Namibia, ale tyle jest tych pociągających mnie miejsc, a czasu mało, i kasa nie chce się rozmnażać...nie wiem więc, co będzie następne. W planach na następny rok mam znów wyspy, ale to na razie plany, sza...

      Usuń
    2. Czytałam, oczywiście! Z tą kasą to zwykle problem. U mnie chyba jeszcze większy. No i Mojego coraz trudniej mi namówić ;)

      Usuń
    3. Mój póki co sam mnie ciagnie, ale wiadomo, lata lecą:)

      Usuń
  6. Osiołek jest najlepszy ;D. ,,Ogień Afryki" również robi wrażenie, jak wszystkie zdjęcia, aczkolwiek nie chciałabym tam zamieszkać. Wycieczka jak najbardziej odkrywcza i ciekawa, choć Afryka bardzo daleko, ale mierzenie się z codziennością tamtych ludzi to nie, nie chciałabym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym drzewem jestem urzeczona, i jeśli kiedyś dorobię sie oranżerii, to na pewno tam będzie:)

      Usuń
  7. Warto było czekać na drugą część.. Tym bardziej z niecierpliwością czekam na kolejną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Planuję, planuję - jeszcze raz Sao Antao - byłam tam w szkole, na eko-farmie, i na fantastycznym festynie z okazji przesilenia letniego. A potem przeniosę Was jeszcze na kolejną wyspę, na Sal.

      Usuń
  8. Podróży ci zazdroszczę, ale klimaty tej wyspy mnie nie zachwyciły. Jednak móc zobaczyć ten "kraniec świata" - bezcenne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to dziwny świat - tak jak piszesz, cennym jest móc to zobaczyć - bo zyć tam nie chciałabym, chociaz poznałam kilku Europejczyków, którzy się tam osiedlili.

      Usuń
  9. Fantastyczna relacja - tak jak piszesz, chyba by mnie nie zachwyciło takie miejsce i tym bardziej bym doceniła naszą cywilizację ;) , ale zobaczyć warto. Ponownie zachwyca mnie to drzewo - zwłaszcza na tle tych gołych krajobrazów. Dróg takiego typu nienawidzę i powiem szczerze, już kilka razy zmieniłam plany wyjazdowe właśnie ze względu na takie coś. Po prostu boję się panicznie :( . Dzięki za pokazanie kawałka świata, w którym raczej nigdy nie będę - buziaczki - Margot :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tymi drogami mam tak, że jako kierowca wszystko jest w miarę ok, a w roli pasażera niestety też zielenieję. A tam mi prowadzić lokalny kierowca przeciez nie pozwolił... nie ma mowy o tym w ogóle. I chyba slusznie, bo te drogi są bardzo niebezpieczne. A drzewo pokochałam, i już namierzyłam, gdzie kupię małe - na razie będę hodować w mieszkaniu, a jak za sto lat dorobię się oranżerii, będzie jak znalazł:)

      Usuń
  10. Niesamowite miejsce. Widoki zapierają dech w piersiach
    Ogniste drzewo nie na darmo dostało swoją nazwę.
    Takie krajobrazy zazwyczaj widuje się jako kadry filmów przyrodniczych, a
    Ty tam kawkę popijałaś:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. TO drzewo też mnie zachwycało nieustannie, stąd sporo z nim zdjęć. Jest niezwykle piękne... a kawa też nie najgorsza:)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Rodzinne pamiątki

Ten post dedykuję Margot z bloga http://iameverywoman.eu - ona już kilka razy napisała o tym, co w moim odczuciu jest bardzo ważne, i co łączy nas z naszymi przodkami - o tym, co trwa w naszych rodzinach, przekazywane z pokolenia na pokolenie, co jest piękne już samą patyną czasu, a co zwykle jest też piękne samo w sobie.

Ze strony mojej mamy moja rodzina dość dobrze zna swoje korzenie, mamy dobrze opracowane drzewo genealogiczne, sporo fotografii, trochę starych książek, i sporo wspomnień. Ze strony mojego taty jest nieco słabiej, ale też sporo wiem. Niestety nigdy nie poznałam mojego dziadka, ojca mojego taty, bo zmarł nim jeszcze moi rodzice się poznali, za to babcię na szczęście tak.

 Ja jednak  nie o historii rodziny chcę tu pisać, tylko o pewnym wyjątkowym przedmiocie, który po babci odziedziczyłam. To maszyna do szycia - cudowna, stara singerka, powstała na początku XX wieku, do dziś działająca.
Niestety zdjęcia są dosyć słabej jakości,  maszyna jest tak ustawiona, że trudno ją…

Pomysły na prezenty

Idą Święta.... I chyba niezależnie od wyznawanych poglądów dla przeważającej większości polskich rodzin to czas, gdy w domach gości choinka, pachnie piernikami, rodziny się spotykają, a dzieci... a dzieci i w sumie starsi też, po cichu kombinują, co pojawi się w wigilijny wieczór pod choinką.

W mojej rodzinie tradycja prezentów jest bardzo silna, a już mistrzynią jest moja mama - już od lata coś tam dzierga, wyszywa, kombinuje, już od lata nabywa różne drobiazgi i całkiem pokaźne pakunki, by grudzień nie zaskoczył jej nadmiernymi wydatkami. Najmilsze i tak naprawdę najcenniejsze są te prezenty, które ktoś zrobił sam, ale nie każdy ma takie umiejętności. Zresztą od lat  u nas w rodzinie starsze dzieci, te już piszące, pisały listy do Dzieciątka ( bo to ono w moich okolicach przynosi prezenty), a w tych listach były różne rzeczy - od "chciałabym łyżwy" do "proszę o worek pomarańczy". Ten worek pomarańczy, mający genezę gdzieś w przełomie lat siedemdziesiątych i osiem…

ART - DZIKUSKI CAVALLIEGO - CAVALLI'S WILDINGS

Jest poniedziałek, to jest wyzwanie - przyznam, że dziś jak dla mnie najtrudniejsze z dotychczasowych. No bo z czym kojarzą się dzikuski Cavalliego? Dla siebie samej i dla moich mniej zainteresowanych modą czytelniczek i czytelników - krótka informacja:

Roberto Cavalli urodził się w 1940 roku we Florencji. Swoją pierwszą kolekcję zaprezentował w paryskim salonie Prêt-à-Porter w roku 1970. Pierwszy butik otworzył w 1972 r. w kurorcie gwiazd - Saint Tropez i od razu zdobył serca bogatej klienteli pełnymi przepychu kreacjami.
Kolejne sklepy otwarte w Wenecji, Paryżu, Nowym Jorku, Mediolanie, we Florencji, na Capri czy w Dubaju cieszyły się od początku swojego istnienia wielkim powodzeniem. Na początku lat 70. Cavalli opracował rewolucyjną metodę umieszczania nadruków na skórze i zaczął wytwarzać patchworkowe akcesoria.Jego znakiem rozpoznawczym od początku były   zwierzęce wzory - cętki, panterka i paski zebry. Projektant łączy je z żywymi, jaskrawymi kolorami i złotem. No i poczułam, że …