Przejdź do głównej zawartości

Sao Antao, część II

Przeglądam zdjęcia z ostatniej wyprawy, i łapię się na tym, że wtedy wszystko wydawało mi się takie nowe, odkrywcze, podniecające - a na zdjęciach wygląda tak jakoś...wciąż tak samo. Nie da się w żaden sposób oddać tajemniczego, surowego piękna tego miejsca tylko za pomocą zdjęć i krótkiego tekstu. Tam wszystko pachnie kolendrą i morską solą, w powietrzu unosi się delikatna mgiełka wody z morza i chmur połączonej z pyłem, przeróżne ludzkie typy nie pozwalają zapomnieć o niechlubnej przeszłości tych wysp. Przypominam - jeszcze w XIX wieku handlowano tam niewolnikami...

Dziś jeszcze na chwilę zapraszam Was na Sao Antao - trochę ciekawostek i surowych widoków.
Najpierw o jedzeniu -  tak ogólnie będę te Wyspy kojarzyła z rybami, bo jadałam ich tam naprawdę dużo i nieustannie, podobnie inne owoce morza - jednak taką typową dla Wysp Zielonego Przylądka potrawą jest catchupa. To też podobno była ulubiona potrawa Cesarii Evory. Miałam okazją to coś zjeśc, i, przyznam, w zachwyt nie wpadałam. Co to? Takie danie, w którym jest wszystko - kukurydza, fasola, maniok, ziemniaki, inne warzywa...i w wersji podstawowej to wszystko. "Na bogato" dokłada się mięso lub rybę, ale podobno rzadko. Co istotne, wykorzystuje się bardzo dziwną odmianę kukurydzy, którą trzeba najpierw zmiękczyć poprzez ubijanie, co robią kobiety w kamiennym naczyniu takimi całkiem sporymi drewnianymi pałkami:


  Kolega próbował im pomóc, ale jakoś szybko zrezygnował, chyba było to naprawdę trudne.
Potem gotowanie - zaczyna się od owej kukurydzy, a stopniowo dodaje się inne, krócej gotujące się składniki. Całość bulgocze sobie kilka godzin, by ostatecznie nabrać ciapowatego wyglądu. Pożywne było, ale jadłam w życiu lepsze rzeczy. Na zdjęciu  najpierw wielki gar, w którym to się gotowało, a potem danie w wersji z rybami:




Coś, co dla wyspiarzy jest niezwykle ważne, i właściwie jedyny towar,  który tam się nabywa i wywodzi, to grog. Pod tą nazwą kryje się alkohol produkowany dosyć prymitywnymi  metodami z trzciny cukrowej, w wersji podstawowej dosyć paskudny bimber, jednak bardzo często robi się na jego bazie coś w rodzaju likierów czy nalewek, i to jest już zupełnie inna bajka. Całkiem niezły był grog o smaku mango, czy limonek. 
Na pierwszym zdjęciu widać, jak bardzo prymitywny jest sposób produkcji, to destylarnia, na drugim beczki z fermentującym sokiem z trzciny cukrowej, paskudnie tam cuchnęło:):




Poniżej typowe domki - teraz stanowią głównie atrakcję dla turystów, ale podobno gdzieniegdzie jeszcze w takich domostwach ludzie mieszkają - maleńkie, duszne, bardzo prymitywne:




Na kolejnym zdjęciu dziwne "coś" - rozpadlina przecinająca płaskowyż, głęboka, groźna, piękna - nie mam lepszego zdjęcia, bo nie przepadam za podchodzeniem zbyt blisko do krawędzi takich przepaści:



 Kolejne dwa zdjęcia wybrałam ze względu na chęć pokazania raz jeszcze dróg, którymi tam się wszyscy poruszają - tylko bruk, wąsko, kręto, wśród skał:




I surowe piękno z jakiegoś zagubionego w interiorze punktu widokowego:



Miałam też okazję odwiedzić szkołę w sercu wyspy Sao Antao.  I przyznam, że miałam mieszane uczucia. Z jednej strony chciałam, ciekawiło mnie to, z drugiej dzieci to nie małpki w ZOO, by je oglądać. Tyle, że ta szkoła już została uprzedzona, że przyjadą tam Polacy... i że dobrze jest ze sobą coś przywieźć - kredki, jakieś inne przybory szkolne, może słodycze - tyle, że do rąk nauczyciela, a nie uczniów - bo jak wszystkie dzieci na całym świecie zaczęłyby porównywać, kto co dostał:). Dzieciaki akurat miały przerwę, biegały po boisku, bawiły się, coś dla nas zaśpiewały. Największą niespodzianką był wystrój sali szkolnej, sami popatrzcie:





No i jak tu się tymi biało-czerwonymi flagami nie wzruszyć - podobno przy okazji naszego spotkania dowiedziały się co nieco o Polsce...

Powoli pora kończyć wizytę na Sao Antao - jeszcze popatrzcie, jak mieszkańcy walczą o każdy skrawek ziemi do uprawy, budując skalne tarasy:




I widok z najwyższego szczytu tej wyspy:


Sao Antao wydało mi się najprzyjaźniejszą człowiekowi z odwiedzonych przeze mnie wysp, trafiłam też na festyn z okazji świętego Jana - naprawdę ogromna, kolorowa i wesoła impreza, gromadząca tłumy podziwiające paradę - jednak z powodu mikrego wzrostu nie udało mi się zrobić zdjęć... a szkoda, bo stroje i figury w paradzie były przepiękne. 
Pozostała mi już tylko jedna wyspa do opisania, Sal, ale tam będzie tylko kilka zdjęć  - bo oprócz kilku hoteli niewiele tam jest. A dlaczego są hotele? Bo podobno plaże są tam najpiękniejsze. Ale o tym już w następnym, ostatnim urlopowym odcinku:).



Komentarze

  1. Masz rację bardzo surowe piękno:)))też mnie wzruszyły te biało czerwone flagi:))Pozdrawiam serdecznie:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Surowe, ale jednocześnie takie niesamowite... flagi były takie urocze:), a dzieciaki słodkie bardzo, jak wszystkie i wszędzie:)

      Usuń
  2. To prawda, zdjęcia nie oddadzą zapachów, dali, wiatru...ale i tak u Ciebie super ciekawostki. Potrawa faktycznie nie wygląda zbyt apetycznie, ale pewnie jest pożywna.Ciekawa jestem tych plaż, bo wyspa wydaje się skromna...
    Czasami widuję prymitywne szkoły na różnych stronach i blogach i miałabym ochotę zabrać tam niektórych uczniów, żeby im pokazać,że nie mają prawa narzekać.
    Zauważyłam zmianę grafiki :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grafiki nie zmieniałam, może oglądałaś na telefonie? Catchupa najbardziej przypominała naszą fasolkę po bretońsku, tylko zamiast jakies kiełbaski miała twardawą kukurydzę. Plaże są na innej wyspie, na Sal - dla odmiany jest zupełnie płaska:)

      Usuń
    2. Paru nauczycielom też by się przydała taka wizyta. Tylko czy nie byłaby to nagroda?
      PS. Dla przypomnienia- jestem nauczycielem

      Usuń
    3. Nauczycielom przydałoby się bardziej. Ja tez byłam :)

      Usuń
  3. Często oglądam filmy dokumentalne właśnie z takich odległych, w niewielkim stopniu skażonych cywilizacją miejsc.I czasami ogarnia mnie zdziwienie, że ci ludzie są uśmiechnięci, radośni, zadowoleni z życia, które w niczym nie przypomina naszego, nawet skromnego dnia powszedniego.
    Lubię taką orgię duszonych warzyw, ale nie do postaci papki. I zawsze mnie zachwycają te ich materiały sukienkowe - od razu marzy mi się taka szmizjerka z krótkim rękawkiem. No wiem, idiotka jestem;)
    Niesamowite są te malutkie tarasiki pod uprawy. Aż strach pomyśleć ile to wysiłku kosztowało przygotowanie takiego mini poletka!
    Dzięki za tę wycieczkę, czekam co dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda - tam wszyscy byli uśmiechnięci. Mimo trudnych warunków, braku wody, braku zieleni... Materiały super, ale przyznam, że to było tylko w tym jednym miejscu - mieszkanki wysp chodzą poubierane bardzo europejsko, a jednocześnie bardzo, bardzo...hm.... krótko i wydekoltowane. Tam ciepło jest :):):):):):):)
      Dalej już tylko jedna wyspa, Sal.

      Usuń
    2. Może właśnie dlatego, że ich życie nie przypomina naszego są szczęśliwi. Nasz sposób niekoniecznie jest najlepszy.

      Usuń
    3. Moze nie jest, ale jest nasz...

      Usuń
  4. Jaaa.... Afryka dzika... super

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka dzika nie była, ale co do super, to się zgadzam:)

      Usuń
  5. Anno,piekne wakacje mialas i pieknie to udokumentowalas :) pozdrawiam Renata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak...było pięknie i bardzo ciekawie. Zapraszam na jeszcze jeden odcinek.

      Usuń
  6. Polskie flagi od razu przykuły mój wzrok. Miły akcent. ;)
    Surowo tam faktycznie. Owoców morza nie zjem, ale ryby lubię, tylko jak miałabym je ciągle jeść to nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No mój mąż po tygodniu na rybach - jak tylko trafił na knajpkę z mięsem - natychmiast się na to mięsko rzucił. A bardzo lubi ryby i wszelkie frutti di mare... ja tam dłużej wytrzymałam, mięso podano nam tylko raz - w przystawce:). I na zakończenie zamówiłam gdzies sałatkę z kurczakiem - czyli tez już pożądałam mięska:):):)

      Usuń
  7. Dziko i prymitywnie. Wielkie wrażenie wywarły na mnie twoje wpisy. Tym większe, że pewnie nie dotrę do tej części świata. Dlatego wielkie dzięki, że mogłam choć w ten sposób poznać wyspę Cesarii. Pozdrowienia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwono, never say never - ja zaczęłam podróżować tak daleko dosyć późno...a Ty chyba jesteś ode mnie młodsza:). Przyznam, że kiedyś, tak ze dwa blogi temu, miałam opory przed opisywaniem dalekich podróży - bo wiem, że mam wielkie szczęście mogąc sobie na to pozwolić, a u innych różnie bywa - czasem kwestia pieniędzy, czasem zdrowia, czasem obowiązków... obserwując jednak różne inne blogi zobaczyłam, że czasem własnie tak nalezy do tego podejść - pokazać ze swojego, bardzo subiektywnego punktu widzenia rzadko odwiedzane miejsca. No to pokazuję:).

      Usuń
  8. Zdjęcia może nie oddadzą prawdy, ale Twój opis krok po kroku bardzo tę atmosferę przybliża. Bardzo ciekawe rzeczy piszesz - nagle zdajemy sobie sprawę jak różne są zakątki świata :) ( nie, żebyśmy tego nie wiedzieli ;) :D :)))) ) Myślę, że dla Europejczyka życie tam byłoby bardzo trudne. Czekam na piękną plażę :) Buziaczki - Margot :))))
    P.S.
    Mam takie przeczucie, że nasz piasek jest piękniejszy. Ciekawe, czy mam rację ? :)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Margot, najpiększa plaża jest moim zdaniem w Świnoujściu, ten cudowny, delikatny, biały piaseczek...szeroko, pięknie, ... tylko woda jakoś mało ciepła.
      A wracając do Cabo Verde - spotkałam tam Niemkę, prowadzącą eko-farmę z ciekawą niby-restauracją, Brazylijczyka podobnie działającego, w dodatku z ogromnymi planami uczynienia z tego wielkiego eko-komleksu, jadłam świetne jedzenie we włoskiej knajpce prowadzonej przez Włocha, trafiłam na Czecha z niezłym biznesem, no i oczywiście musi tez byc Polak - na wyspie Sal prowadzi knajpę, naprawdę dobre lokalne jedzenie tam podawali. Ale to dalej wyjątki...

      Usuń
  9. Trochę się bałam co napiszesz o szkole. A ona jest piękna! I zaskakująco bogata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tez spodziewałam się czegoś bardzo, bardzo biednego - i owszem, tablic multimedialnych i komputerów nie było, ale od mojej podstawówki tak bardzo sie nie rózniło:)

      Usuń
  10. Surowe widoki ale mnie się podobają, jest tak inaczej.
    Dzieciaki urocze. Miło było pozwiedzać z Tobą Anno...pozdrawiam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ proszę - i będzie jeszcze jeden odcinek, zapraszam. A dzieci to wiadomo, wszystkie sa urocze.

      Usuń
  11. Niesamowita wyprawa, aż mam ciarki.
    Jak dobrze, że się podzieliłaś swoimi wrażeniami, odczuciami, wspomnieniami.
    Uwielbiam czytać takie relacje z podróży - właśnie z punktu widzenia konkretnej osoby, a nie pisane w stylu "oferta biura podróży". Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ proszę:). Zwykle tak piszę - to, co myślę.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Rodzinne pamiątki

Ten post dedykuję Margot z bloga http://iameverywoman.eu - ona już kilka razy napisała o tym, co w moim odczuciu jest bardzo ważne, i co łączy nas z naszymi przodkami - o tym, co trwa w naszych rodzinach, przekazywane z pokolenia na pokolenie, co jest piękne już samą patyną czasu, a co zwykle jest też piękne samo w sobie.

Ze strony mojej mamy moja rodzina dość dobrze zna swoje korzenie, mamy dobrze opracowane drzewo genealogiczne, sporo fotografii, trochę starych książek, i sporo wspomnień. Ze strony mojego taty jest nieco słabiej, ale też sporo wiem. Niestety nigdy nie poznałam mojego dziadka, ojca mojego taty, bo zmarł nim jeszcze moi rodzice się poznali, za to babcię na szczęście tak.

 Ja jednak  nie o historii rodziny chcę tu pisać, tylko o pewnym wyjątkowym przedmiocie, który po babci odziedziczyłam. To maszyna do szycia - cudowna, stara singerka, powstała na początku XX wieku, do dziś działająca.
Niestety zdjęcia są dosyć słabej jakości,  maszyna jest tak ustawiona, że trudno ją…

Pomysły na prezenty

Idą Święta.... I chyba niezależnie od wyznawanych poglądów dla przeważającej większości polskich rodzin to czas, gdy w domach gości choinka, pachnie piernikami, rodziny się spotykają, a dzieci... a dzieci i w sumie starsi też, po cichu kombinują, co pojawi się w wigilijny wieczór pod choinką.

W mojej rodzinie tradycja prezentów jest bardzo silna, a już mistrzynią jest moja mama - już od lata coś tam dzierga, wyszywa, kombinuje, już od lata nabywa różne drobiazgi i całkiem pokaźne pakunki, by grudzień nie zaskoczył jej nadmiernymi wydatkami. Najmilsze i tak naprawdę najcenniejsze są te prezenty, które ktoś zrobił sam, ale nie każdy ma takie umiejętności. Zresztą od lat  u nas w rodzinie starsze dzieci, te już piszące, pisały listy do Dzieciątka ( bo to ono w moich okolicach przynosi prezenty), a w tych listach były różne rzeczy - od "chciałabym łyżwy" do "proszę o worek pomarańczy". Ten worek pomarańczy, mający genezę gdzieś w przełomie lat siedemdziesiątych i osiem…

ART - DZIKUSKI CAVALLIEGO - CAVALLI'S WILDINGS

Jest poniedziałek, to jest wyzwanie - przyznam, że dziś jak dla mnie najtrudniejsze z dotychczasowych. No bo z czym kojarzą się dzikuski Cavalliego? Dla siebie samej i dla moich mniej zainteresowanych modą czytelniczek i czytelników - krótka informacja:

Roberto Cavalli urodził się w 1940 roku we Florencji. Swoją pierwszą kolekcję zaprezentował w paryskim salonie Prêt-à-Porter w roku 1970. Pierwszy butik otworzył w 1972 r. w kurorcie gwiazd - Saint Tropez i od razu zdobył serca bogatej klienteli pełnymi przepychu kreacjami.
Kolejne sklepy otwarte w Wenecji, Paryżu, Nowym Jorku, Mediolanie, we Florencji, na Capri czy w Dubaju cieszyły się od początku swojego istnienia wielkim powodzeniem. Na początku lat 70. Cavalli opracował rewolucyjną metodę umieszczania nadruków na skórze i zaczął wytwarzać patchworkowe akcesoria.Jego znakiem rozpoznawczym od początku były   zwierzęce wzory - cętki, panterka i paski zebry. Projektant łączy je z żywymi, jaskrawymi kolorami i złotem. No i poczułam, że …