Przejdź do głównej zawartości

Cztery pory roku







Mimo wysiłków nie chciały się ułożyć po kolei, a i tak nie są identyczne, ale to jest to samo miejsce  w kolejnych odsłonach. Lubię ten kojący spokój, daje mi odprężenie i chętnie tam wracam.  Drzewa są takie piękne... A brzozy wydają mi się emanować dziwną mocą w każdej porze roku - po prostu zmianiają tylko sukienki:).

Komentarze

  1. Ciekawe ujęcie tego samego miejsca w różnych porach roku. Chyba dobrze, że mieszkamy w takiej strefie klimatycznej, gdzie przyroda się zmienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, mnie nasz klimat całkowicie odpowiada:), chociaż czasami bywa za gorąco:)

      Usuń
  2. Ja uwielbiam Naturę, za tą różnorodność... aczkolwiek czasem latem jest za gorąco

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak miło, że ktoś też - Ty, Patrycjo - dostrzega ten nadmiar gorąca...

      Usuń
  3. Ależ. "Czy aloes z długiemi jak konduktor pałki, czy cytryna, karlica z złocistemi gałki"... jak to leciało? Potem było "może się równać z drzewami naszemi", chyba... Niemniej było, skojarzenie silne jak diabli.

    E.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, E., pisząc nijak o tym nie pomyślałam, ale tak, teraz też we mnie to skojarzenie tkwi. Bo, aczkolwiek kocham cuda przyrody z całego świata, i pod pierwsza w życiu palmą ( a było to w Cannes) spędziłam pół godziny kontemplując jej odmienność, to jednak drzewiastym numerem jeden uczyniłam brzozę. Tę zwykłą, na każdym kawałku wolnego gruntu rosnącą.
      ps. Tęskniłam.

      Usuń
  4. Wyraźnie widać, że nawet słońce ma inne nasycenie ciepłem, piękne i pouczające...

    OdpowiedzUsuń
  5. Teraz mam na oku inny obiekt, ale chyba już przegapiłam snieg...

    OdpowiedzUsuń
  6. Lubię takie zdjęcia-porównania...

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja zobaczyłam taką serię u kolegi - i postanowiłam zrobić własną:)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

ART - DZIKUSKI CAVALLIEGO - CAVALLI'S WILDINGS

Jest poniedziałek, to jest wyzwanie - przyznam, że dziś jak dla mnie najtrudniejsze z dotychczasowych. No bo z czym kojarzą się dzikuski Cavalliego? Dla siebie samej i dla moich mniej zainteresowanych modą czytelniczek i czytelników - krótka informacja:

Roberto Cavalli urodził się w 1940 roku we Florencji. Swoją pierwszą kolekcję zaprezentował w paryskim salonie Prêt-à-Porter w roku 1970. Pierwszy butik otworzył w 1972 r. w kurorcie gwiazd - Saint Tropez i od razu zdobył serca bogatej klienteli pełnymi przepychu kreacjami.
Kolejne sklepy otwarte w Wenecji, Paryżu, Nowym Jorku, Mediolanie, we Florencji, na Capri czy w Dubaju cieszyły się od początku swojego istnienia wielkim powodzeniem. Na początku lat 70. Cavalli opracował rewolucyjną metodę umieszczania nadruków na skórze i zaczął wytwarzać patchworkowe akcesoria.Jego znakiem rozpoznawczym od początku były   zwierzęce wzory - cętki, panterka i paski zebry. Projektant łączy je z żywymi, jaskrawymi kolorami i złotem. No i poczułam, że …

Rodzinne pamiątki

Ten post dedykuję Margot z bloga http://iameverywoman.eu - ona już kilka razy napisała o tym, co w moim odczuciu jest bardzo ważne, i co łączy nas z naszymi przodkami - o tym, co trwa w naszych rodzinach, przekazywane z pokolenia na pokolenie, co jest piękne już samą patyną czasu, a co zwykle jest też piękne samo w sobie.

Ze strony mojej mamy moja rodzina dość dobrze zna swoje korzenie, mamy dobrze opracowane drzewo genealogiczne, sporo fotografii, trochę starych książek, i sporo wspomnień. Ze strony mojego taty jest nieco słabiej, ale też sporo wiem. Niestety nigdy nie poznałam mojego dziadka, ojca mojego taty, bo zmarł nim jeszcze moi rodzice się poznali, za to babcię na szczęście tak.

 Ja jednak  nie o historii rodziny chcę tu pisać, tylko o pewnym wyjątkowym przedmiocie, który po babci odziedziczyłam. To maszyna do szycia - cudowna, stara singerka, powstała na początku XX wieku, do dziś działająca.
Niestety zdjęcia są dosyć słabej jakości,  maszyna jest tak ustawiona, że trudno ją…

Pomysły na prezenty

Idą Święta.... I chyba niezależnie od wyznawanych poglądów dla przeważającej większości polskich rodzin to czas, gdy w domach gości choinka, pachnie piernikami, rodziny się spotykają, a dzieci... a dzieci i w sumie starsi też, po cichu kombinują, co pojawi się w wigilijny wieczór pod choinką.

W mojej rodzinie tradycja prezentów jest bardzo silna, a już mistrzynią jest moja mama - już od lata coś tam dzierga, wyszywa, kombinuje, już od lata nabywa różne drobiazgi i całkiem pokaźne pakunki, by grudzień nie zaskoczył jej nadmiernymi wydatkami. Najmilsze i tak naprawdę najcenniejsze są te prezenty, które ktoś zrobił sam, ale nie każdy ma takie umiejętności. Zresztą od lat  u nas w rodzinie starsze dzieci, te już piszące, pisały listy do Dzieciątka ( bo to ono w moich okolicach przynosi prezenty), a w tych listach były różne rzeczy - od "chciałabym łyżwy" do "proszę o worek pomarańczy". Ten worek pomarańczy, mający genezę gdzieś w przełomie lat siedemdziesiątych i osiem…