Przejdź do głównej zawartości

Ku zdrowotności:):)



Specjalnie alkoholowa to ja nie jestem, jednak do abstynentów nie należę. Jak pewnie większość, są trunki, które lubię; są takie, których do ust nie wezmę. Do tych drugich zalicza się większość alkoholi mocniejszych niż wino, i chyba wszystkie słodkie. Bo ze słodkich rzeczy to ja kocham czekoladę... a nie napoje, jakiekolwiek. 

Jak wiadomo, od wszystkiego są jednak wyjątki, w tym wypadku nalewki. Właśnie wczoraj ( w ramach wiosenno-wielkanocnych porządków), postanowiłam poprzelewać zawartość wielkich gąsiorów i słojów do mniejszych butelek.  No i co my tutaj mamy...


Po lewej stronie jest winogronówka - garaż  mojej ciotki obrośnięty jest winoroślą o niezwykłym, poziomkowym aromacie i smaku, tyle że owoce są maleńkie. Do zalania alkoholem nadają się idealnie. Kolor po całym procesie też piękny - bardzo ciemny fiolet, w butelce wręcz czerń.
Po stronie prawej moja ulubiona  pigwówka,  dla odmiany z krzaków w ogrodzie kuzynki. Robienie tego jest mordęgą, bo pigwy są twarde, a trzeba je chociaż trochę pokroić, za to efekt oszałamiający. Kolorem przypomina miód, smakiem najlepsze delicje...ech....


Na zdjęciu powyżej, mimo podobieństwa koloru, coś innego. Butelka na pierwszym planie to akurat dzieło mojej siostry, nalewka z płatków róży. Nie mam pojęcia, jak to robi, nie chce zdradzić, ale  w ramach siostrzanej miłości co roku podrzuca butelkę czy dwie. te trzy sztuki w tle zawierają nalewkę też z kwiatów, tym razem  są to kwiaty dzikiego bzu, tak zwanego czarnego.  Ten napitek najbardziej lubią moja córka i moja synowa, obowiązkowo biegam więc w maju po chaszczach i zbieram najpiękniejsze okazy. Potem poddaję obróbce:


Tak, dodaję nieco cytrusów i sama już nie pamiętam co... pachnie obłędnie, po prostu obłędnie. Nabiera jasnozłotego koloru, a po otwarciu butelki pachnie...a, już o zapach pisałam :):):). 

No i na ostatnim zdjęciu standardy, wiśniówka i agrestówka, to to pił i produkował chyba każdy:


Tu widać ubytki w zawartości, cóż, po coś to w końcu się robi...

Z ciekawszych produktów z alkoholem wyrabiam jeszcze owoce w różnych trunkach, ale to przy innej okazji. Wasze zdrowie:).

Komentarze

  1. A właśnie, że nie każdy, ja agrestówki nawet nigdy nie piłam! Produkuję cytrynówkę, bo kupne są po prostu obleśne moim skromnym zdaniem, z kupnych nalewek w ogóle uznaję tylko Soplicę wiśniową i malinową, ale może dlatego, że tych smaków nie robię ja, ani nikt wokoło.
    Marzy mi się imbirówka, ale jakoś nigdy nie zrobiłam...
    Zapasów, podsumowując, zazdroszczę: ja jestem bardzo winna, nieoryginalnie, czerwone półwytrawne i już pełnia szczęścia. Ale nalewki uwielbiam też, tylko może rzadziej. Obecnie jestem na detoksie planowo trzytygodniowym, z którego dziesiąty dzień właśnie mija, a dzień, w który wypadają święta i wizyta w Lublinie po abstynencku się nie uda, więc weźmie się ten detoks nieco w nawias...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też jestem czerwonowinna, ale wytrawna:). Nalewki to w mojej wytrawności wyjątek. Cytrynówka jakoś rzadko u mnie gości, właściwie nie wiem dlaczego, może wykonam jakoś w maju. A imbirówka....hm.... dobrze brzmi. Masz jakiś przepis, czy tak na oko?

      Usuń
    2. A, i w takim razie zapraszam na agrestówkę.

      Usuń
    3. Ale ja naprawdę wtedy przyjadę....

      Imbirówka według mężczyzn mojego życia z Lublina: na każde 100 g obranego imbiru i 0,7 spirytusu: 2 cytryny i 100 g cukru + miód, ok 2 łyżek. Cienkie plastry imbiru i ćwiartki cytryn (ze skórką) zasypać cukrem, zalać miodem i wódką i czekać 3 miesiące, potem wyrzucić imbir i cytryny (można je wycisnąć) i poczekać z tydzień.

      Usuń
  2. Jakie: wasze zdrowie? Wpadam na kieliszeczek, taki kredens, że ślinka cienkie!
    Podziwiam pracowitość i pomysłowość. Nalewki z płatków róży w życiu nie piłam, ale masz fajnie :-)
    W takim razie pijanego zająca życzę:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No mam fajnie, wiem i się z tego cieszę bardzo:). Przepis na tę nalewkę muszę od siostry wysępić, bo jak jej się znudzi to koniec będzie. Wiem tylko, że sporo z tym roboty.

      Usuń
  3. Ale z Ciebie gospodyni Anno, na medal.I ode mnie go dostajesz. Pyszności. Wiem, z bazarku, na którym handluję sezonowo, że panie i panowie robią śliwowicę i malinówkę bardzo często. Kiedy pojawią się na moim straganie maliny i węgierki, bardzo dużo osób bierze te owoce na nalewki. Sama znam tylko wiśniówkę. Najczęściej piłam, albo zjadałam owoce nasączone spirytusem, u mojej siostry. Kiedy spotykałyśmy się, zawsze pytała, czego się napijemy? Nie było nic lepszego jak kryształowy pucharek pełen pysznych wiśni. Super się jadło podczas rozmowy. Kiedy trzeba było wstać, nogi jakby troszeczkę traciły krzepkość, robiły się lejące.
    Pozdrawiam Anno:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Elżbieto, malinówkę robiłam, ale moje podniebienie uznało ją za nieco mdłą, więc teraz maliny to robię w rumie albo w whisky jako dodatek do deserów. A śliwowicy sama nie robiłam nigdy, mam za to od lat ochotę na tarninówkę, nawet nabyłam odpowiednie drzewko, ale niestety nie doczekałam jeszcze owoców. Wiśnie z nalewki istotnie mają taki dziwny wpływ na nogi... Moje zwykle zabiera jedna znajoma i dodaje je do tortów, które wypieka. Dla dzieci to te torty nie są:)

      Usuń
  4. Dziękuję za odwiedziny.
    Jeśli chodzi o alkoholowe specjały to osobiście nigdy nie próbowałam domowych sposobów. Jeśli chodzi o owoce to uwielbiam lody z wiśniami nasączonymi procentami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to zapraszam na lody... tylko kupię, bo wiśnie to mam, ale lodów za bardzo nie jadam

      Usuń
  5. Szczerze powiedziawszy jestem laikiem, jesli chodzi o tego typu trunki. Jedynie cytrynówkę piłam i nawet mi smakowała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cytrynówkę piłam, ale sama nigdy nie robiłam - może pora nadrobić:)

      Usuń
    2. Ja też mam sporo do nadrobienia w tym temacie...:) Kolekcja piękna :)

      Usuń
    3. To zapraszam na korepetycje jakieś czy co:)

      Usuń
  6. Ja alkoholu nie cierpię, żadnego, nic.... Mam jedną zasadę jak już ładuję w siebie kalorie to musi mi smakować, więc na imprezach znajomi piją, a ja jem czekoladę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zasada bardzo słuszna, dodam tylko, że jdna z moich koleżanek twierdzi, że nalewki tym różnią się od typowego alkoholu, że są, jak w tytule, ku zdrowotnści:):):)

      Usuń
  7. Ja ze względu na problemy ze zdrowiem i przyjmowanie różnych leków staram się nie pić za często. Jednak lubię od czasu do czasu jak to mój mąż mówi odkazić organizm żeby jakiegoś wirusa nie złapać :) Takich robionych trunków piłam bardzo mało, aczkolwiek bardzo mi smakowały ;) Za winem nie bardzo przepadam, w grę wchodzi tylko półsłodkie. Natomiast dobrego drinka, koktajl, czy likierek chętnie się napiję. Kiedyś jak byliśmy na Majorce nauczyłam się pić Tequilę.
    Fajnie, że masz takie zdolności i chęci do wyrobów własnych, bo co swoje to swoje ;) a tych wszystkich frykasów znajdujących się w barku to można tylko pozazdrościć.

    Dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam serdecznie. Życzę też Tobie i najbliższym zdrowych, spokojnych i rodzinnych Świąt Wielkiej Nocy oraz słonecznego i mokrego Śmigusa Dyngusa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podoba mi się bardzo idea odkażenia organizmu:)

      Usuń
    2. w sumie powiem Ci, że coś w tym musi być, bo mężczyźni jakoś tak chyba rzadziej chorują ;) samej czasem jak mi ciężko na żołądku, to napiję się kieliszeczek i od razu lepsze trawienie jest.

      Usuń
  8. Nalewki z płatków róży nie piłam ale wydaje mi się, że pewnie jest wykwintna. Wiśniówkę najlepszą na świecie robi mój mąż (a ja z wiśni nasączonych wiadomo czym, robię torcik szwarcwaldzki - mniam, mniam ;)
    Natomiast mogę polecić coś ciekawego - na kanaryjskiej Lanzarote podają rum z miodem, bitą śmietaną i cynamonem. Wersja rum miodowy już bez dodatku miodu - trochę mniej słodka lecz równie wykwintna ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o dobrze wiedzieć, bo jak byłam z mężem na Fuerteventurze, to przywieźliśmy sobie stamtąd rum z miodem i dolewaliśmy go do herbaty :) a sposób, który opisujesz brzmi pysznie tylko jak się to robi dokładnie? Grzeje się i nalewa do szklanki a na wierzch bita śmietana i cynamon, czy może tak bardziej na zimno?

      Usuń
    2. Pije się go na zimno. Ja po prostu wlewam do pękatego kieliszka na niskiej nóżce rum, na to bita śmietana w aerozolu (składu nie czytajmy) posypuję lekko cynamonem. Wygląda ładnie. Do tego krótka rurka i mamy cudo gotowe - gościom smakuje, bo coś innego ;)

      Usuń
    3. dzięki, muszę spróbować, bo tak jak pisałam brzmi pysznie :)
      Pozdrawiam

      Usuń
    4. Nie byłam na Kanarach na razie, bo tam jest raczej ciepło:), ale może kiedyś trafię - i takiego rumu na pewno skosztuję:)

      Usuń
    5. Ania na Kanarach jest ciepło, ale i wietrznie, więc kompletnie nie czuć upałów. My byliśmy w drugiej połowie listopada i było bardzo fajnie :)

      Usuń
    6. Druga połowa listopada może istotnie być super - ale ja wtedy już śmigam na bialym puchu:)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

ART - DZIKUSKI CAVALLIEGO - CAVALLI'S WILDINGS

Jest poniedziałek, to jest wyzwanie - przyznam, że dziś jak dla mnie najtrudniejsze z dotychczasowych. No bo z czym kojarzą się dzikuski Cavalliego? Dla siebie samej i dla moich mniej zainteresowanych modą czytelniczek i czytelników - krótka informacja:

Roberto Cavalli urodził się w 1940 roku we Florencji. Swoją pierwszą kolekcję zaprezentował w paryskim salonie Prêt-à-Porter w roku 1970. Pierwszy butik otworzył w 1972 r. w kurorcie gwiazd - Saint Tropez i od razu zdobył serca bogatej klienteli pełnymi przepychu kreacjami.
Kolejne sklepy otwarte w Wenecji, Paryżu, Nowym Jorku, Mediolanie, we Florencji, na Capri czy w Dubaju cieszyły się od początku swojego istnienia wielkim powodzeniem. Na początku lat 70. Cavalli opracował rewolucyjną metodę umieszczania nadruków na skórze i zaczął wytwarzać patchworkowe akcesoria.Jego znakiem rozpoznawczym od początku były   zwierzęce wzory - cętki, panterka i paski zebry. Projektant łączy je z żywymi, jaskrawymi kolorami i złotem. No i poczułam, że …

Rodzinne pamiątki

Ten post dedykuję Margot z bloga http://iameverywoman.eu - ona już kilka razy napisała o tym, co w moim odczuciu jest bardzo ważne, i co łączy nas z naszymi przodkami - o tym, co trwa w naszych rodzinach, przekazywane z pokolenia na pokolenie, co jest piękne już samą patyną czasu, a co zwykle jest też piękne samo w sobie.

Ze strony mojej mamy moja rodzina dość dobrze zna swoje korzenie, mamy dobrze opracowane drzewo genealogiczne, sporo fotografii, trochę starych książek, i sporo wspomnień. Ze strony mojego taty jest nieco słabiej, ale też sporo wiem. Niestety nigdy nie poznałam mojego dziadka, ojca mojego taty, bo zmarł nim jeszcze moi rodzice się poznali, za to babcię na szczęście tak.

 Ja jednak  nie o historii rodziny chcę tu pisać, tylko o pewnym wyjątkowym przedmiocie, który po babci odziedziczyłam. To maszyna do szycia - cudowna, stara singerka, powstała na początku XX wieku, do dziś działająca.
Niestety zdjęcia są dosyć słabej jakości,  maszyna jest tak ustawiona, że trudno ją…

Pomysły na prezenty

Idą Święta.... I chyba niezależnie od wyznawanych poglądów dla przeważającej większości polskich rodzin to czas, gdy w domach gości choinka, pachnie piernikami, rodziny się spotykają, a dzieci... a dzieci i w sumie starsi też, po cichu kombinują, co pojawi się w wigilijny wieczór pod choinką.

W mojej rodzinie tradycja prezentów jest bardzo silna, a już mistrzynią jest moja mama - już od lata coś tam dzierga, wyszywa, kombinuje, już od lata nabywa różne drobiazgi i całkiem pokaźne pakunki, by grudzień nie zaskoczył jej nadmiernymi wydatkami. Najmilsze i tak naprawdę najcenniejsze są te prezenty, które ktoś zrobił sam, ale nie każdy ma takie umiejętności. Zresztą od lat  u nas w rodzinie starsze dzieci, te już piszące, pisały listy do Dzieciątka ( bo to ono w moich okolicach przynosi prezenty), a w tych listach były różne rzeczy - od "chciałabym łyżwy" do "proszę o worek pomarańczy". Ten worek pomarańczy, mający genezę gdzieś w przełomie lat siedemdziesiątych i osiem…