Przejdź do głównej zawartości

Ekstremalnie

 Ponieważ jestem dziś w podłym dosyć nastroju, powodów więcej niż jeden, więcej niż dwa... no sporo, to dla poprawienia sobie humoru zaczęłam przeglądać zdjęcia, które mam na dysku. No i trafiłam na coś fajnego, ż zeszłorocznej majówki, o której już pisałam - tam było o morzu, tu będzie... no właściwie o górach. A  jeszcze właściwiej o pewnej dosyć ekstremalnej górskiej kolejce, którą miałam okazję się przejechać.

A po kolei było tak:

Przyjechaliśmy  nad malowniczy wąwóz, w dali piękne góry, nieco bliżej wodospad, dołem płynie wesoło rzeczka.  Tylko co tam robi ta dziwna, zwisająca od jednego do drugiego brzegu wąwozu lina?  ( po powiększeniu zdjęcia powinno ją być widać)


No już wiem... po obejściu miłego, małego budyneczku ( stacja kolejki) ukazał się naszym oczom taki oto wagonik:


Prawda, że niesamowity? Nic, tylko ta platforma z niewielką, sięgającą ledwie bioder barierką, zamykana na coś, czym ja bym nawet klatki z kanarkiem nie zamknęła... Absolutnie żadnych zabezpieczeń, deski w podłodze sprawiały wrażenie totalnie spróchniałych, całość zgrzytała i chwiała się bardzo podejrzanie. Pan obsługujący wycharczał coś w dziwnym języku, jak dla mnie nieco tylko zbliżonym do hiszpańskiego ( chyba), co okazało się oznaczać - osiem osób wchodzi.


No to weszliśmy... jak widać, trzymałam się kurczowo, niemalże paraliż walczył we mnie z chęcią zrobienia drugą ręką zdjęć. Bo to, co było widac z wagonika, było warte poświęcenia, naprawdę.



Okazało się, że w kierunku owego wodospadu wagonik zjeżdża w niekontrolowany sposób, wyłącznie siłą tarcia i grawitacji, i mniej więcej w połowie, gdzie lina osiąga najniższy punkt, na kilka minut sę zatrzymuje celem podziwiania widoków. Potem obsługa po stronie wodospadu włącza jakiś mechanizm i wciąga wagonik aż do końca.





Żeby dostać się do punktu wyjścia, historia się powtarza - do połowy drogi  niekontrolowany spad, potem włączają maszynę z drugiej strony:


Tu już coraz bliżej, ale to wszystko było tak niewiarygodnie szalone, że nieustannie miałam wrażenie, że zaraz runiemy w przepaść. Wszystko piszczało, zgrzytało, trzęsło się, nie byliśmy nijak zabezpieczeni... czyste szaleństwo. Wiszący nad przepaścią budyneczek stacji też nie stwarzał żadnego poczucia bezpieczeństwa:



Było fantastycznie, i pojechałabym tym czymś jeszcze raz. Tu już spojrzenie z dystansu, w wagoniku znajdującym się właśnie w najniższym punkcie liny jest druga część  naszej ekipy, my już bezpiecznie podziwiamy okolicę:


Sądzę, że coraz mniej na świecie takich miejsc, bo wymogi bezpieczeństwa nie pozwolą na takie  dzikie rajdy. Miałam opory, ale nigdy bym sobie nie odpuściła, uwielbiam takie miejsca i takie doświadczenia. Było ekstremalnie, ale też cudownie... ech...

Komentarze

  1. Przeżycie nieziemskie, jak i widoki ;D, aczkolwiek zawału można dostać ;D. Pozdrawiam i życzę żeby dobry humor powrócił. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Miałam w planach o nowych ciuchach... i butach... ale jakoś tak... co tam ciuchy czy buty... wszystko nicość

      Usuń
    2. ;).
      Oj, ten humor to rzeczywiście nie dopisuje, jak już tak mówisz. Ale minie, musi. ;) Fajne są Twoje wpisy o ciuchach i butach, ja je lubię.

      Usuń
    3. No to może jutro napiszę... albo w weekend... bo nawet zdjęcia już mam:).

      Usuń
  2. O matko, w życiu nie wsiadłabym do czegoś takiego... Nierozsądnie tak ryzykować życiem, poza tym mam lęk wysokości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Normalnie tez bym nie wsiadła, też mam też mam lęk wysokości - po pierwsze na wyjazdach robię inne rzeczy, niż w domu, po drugie pokonuję swoje lęki i to własnie w ramach tego pokonywania...

      Usuń
  3. No, kochana - aż poczułam to bujanie....wsiąść do czegoś takiego to już jest ekstremalny wyczyn, a co dopiero przejażdżka!
    Szacun wielki, a piszczałaś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam zamiar piszczeć, ale były ze mną osoby jeszcze bardziej przerażone, więc ich nie chciałam dobijać, a poza tym koncentrowałam się na próbie robienia zdjęć jedną ręką, bo drugą się kurczowo trzymałam tej rurki :):):)

      Usuń
  4. Ja podobnie jak Jotka składam szacun za odwagę :) Lubię takie ekstremalne ciekawostki, ale nie wiem, czy bym się odważyła jechać tym wagonikiem. Jechałam kiedyś na Kasprowy kolejką i bałam się jak diabli, chociaż wagonik był całkiem solidny. Chociaż może nie do końca zazdroszczę środka lokomocji, to widoki są piękne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przepadam za takimi kolejkami, ale czego się nie robi dla przygody i nowych doznań:):). Typowe kolejki ( jak na Kasprowy) to tez nie jest coś, co kocham najbardziej, ale na nartach człowiek nie ma wyjścia, więc jeżdżę. A bywają w różnych miejscach totalne rzęchy...

      Usuń
  5. Szczerze podziwiam Anno! Ekstremalność- nie dla mnie. Jechałam 3 razy kolejką górską i wystarczy. Mam nadzieję, że humor wrócił na należne mu miejsce:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zależy co rozumiesz poprzez kolejkę górską - bo do takiego czegoś w wesołym miasteczku nie wsiądę za żadne pieniądze, ja nawet karuzele omijam. Ale w takich warunkach, jako atrakcja turystyczna i sposób na zobaczenie wspaniałych okoliczności przyrody to zupełnie coś innego:)

      Usuń
    2. Wsiadłabym tylko z nartami.

      Usuń
    3. Z nartami to inna bajka... Zawsze:)

      Usuń
  6. Cudnie... Zazdroszczę widoków!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to bardzo piękne miejsce, i zupełnie odmienne od naszych klimatów. Inne kształty gór, inne rośliny, inne zapachy...

      Usuń
  7. Witaj, Anno.
    Ja też zazdroszczę pięknych widoków. Przypomniałam sobie drogę do pierwszej pracy w pewnym bardzo odległym zakątku :) Co za szczęście, że nie mam lęku wysokości, bo pewnie bym wtedy zwiała :)
    Dzięki za przywołanie miłych wspomnień i czekam na ciuszki :)

    Pozdrawiam :)
    Lena Sadowska.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym tak miała codziennie do pracy...hm... chybabym zwiała:):):). Ja takie rzeczy to w ramach urlopowych szaleństw tylko:). Ciuchy pewnie jutro, albo w niedzielę będą.

      Usuń
  8. Wspaniałe! I choć mam lęk przestrzeni, nie oparłabym się takiej przejażdżce :)) Ale zdjęć chyba bym nie robiła, mimo wielkiego pędu do tej czynności ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja wcześniej owinęłam troczek od aparatu wokół przegubu, i ustawiłam tak, by tylko "cykać". Trzy czwarte zdjęc było do kosza...

      Usuń
  9. O ja Cię..... Tak żadnych zabezpieczeń?? Umiałabym. Ale Szczęśliwa i w ładnym miejscu :D
    Pozdrawiam i zapraszam do siebie w wolnej chwili :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bez żadnych zupełnie, co nas zszokowało. Ale co tam... było pięknie i ekscytująco.

      Usuń
  10. Już czytając okropnie się bałam.
    Nie wsiadłabym za żadne skarby świata.
    Ale rozumiem tych co chcieli przeżyć coś ekstremalnie...
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, to też siła grupy - skoro wszyscy wsiadają...

      Usuń
  11. O cholerka! Ja ze swoim lękiem wysokości do tego bym nie weszła. A jeśli bym weszła, to na pewno jakimś cudem udałoby mi sie z tego wypaść, chyba, że leżałabym plackiem na podłodze. Pamiętam, że kiedyś - chyba w Skalnym Mieście - wspinałam się po pionowej drabinie na jakąś górę. Robiłam to, bo jeszcze wtedy wierzyłam, że lęk wysokości można złamać. W pewnym momencie zerknęłam w dół i poczułam nie strach, ale tak okropne zawroty głowy, że jedynym wyjściem było powolne zejście na dół, chociaż na trzęsących się kończynach. Dobrze, że za mną wspinał się tylko syn, bo inaczej narobiłabym zamieszania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez długie lata sądziłam, że mam lęk wysokości - okazał się być lękiem otwartej przestrzeni, i nazwanie tego ułatwiło mi zycie. Bo wcześniej zdarzało mi się zamykac oczy, piszczeć i kurczowo się w coś wczepiać, albo nawet mdleć.
      A w opisanym miejscu - jeszcze dodam tak bardzo przyziemnie, że jak człowiek płaci mnóstwo kasy za wyjazd na inny kontynent, to jak nie pooglądac jak najwięcej....

      Usuń
  12. Ja zawsze powtarzam, że lubię ekstremum, zawsze chcę wleźć najwyżej, pojechać najszybciej itd., a potem telepię tyłkiem jak ci co mają fobię mostów. Na parku linowym na trasie ekstremum trzy razy potwierdzałam, że tak, naprawdę tego chcę, potem tylko wstyd przed robieniem z siebie widowiska sprawił, że wolno, ale przeszłam... Teraz kupiłam H. na urodziny lot paralotnią, ale dla dwóch osób. I pytanie, dla kogo właściwie kupowałam...

    A a propos siły grupy: no właśnie. Miałaś zostać?

    Ps. Mam nadzieję, że powody niwelowalne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedziałam, że coś nas łączy... wychodzi coraz więcej, może jesteś moim młodszym, bardziej humanistycznym wcieleniem? Kocham adrenalinę... jest mi niezbędna do życia po prostu.
      A wpływ/ oddziaływanie grupy to jeden z silniejszych motywatorów, tyle że zewnętrznych. Ja mam wystarczająco dużo ( patrz Twój post i mój komentarz) motywacji wewnętrznej. Tyle, że te zewnętrzne motywatory są i działają...

      Usuń
  13. No, nie wiem, czy ja bym dała radę...ale widoki śliczne...pozdrawiam serdecznie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, dopóki nie spróbujesz, to nie wiesz:):). Naprawdę było warto.

      Usuń
  14. Widoki cudowne! Ale do tej "machiny" siłą by mnie nie wciagnęli.:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam, oj tam, nie mów, póki się nie przekonasz:)

      Usuń
  15. Pełen ekran cudownych widoków. Dziękuję. Tylko kolejka... to nie moje nerwy.

    Jakie to szczęście, że mamy aparaty do robienia zdjęć. Można sobie powspominać piękne chwile.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powinno być: to nie na moje nerwy. Chochlik zeżarł mi "na" - sorry!

      Usuń
    2. Mnie się też wydawało, że to nie dla mnie... ale pokusa okazała sie silniejsza.

      Usuń
  16. Pięknie, pięknie!
    Ciekawe, czy sama bym wsiadła ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Aaaa ! Jak zazdroszczę! Cudownie to wygląda. ;) Podziwiam Twojąodwagę ;) Super, naprawdę!;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, sama się podziwiałam:):):)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

ART - DZIKUSKI CAVALLIEGO - CAVALLI'S WILDINGS

Jest poniedziałek, to jest wyzwanie - przyznam, że dziś jak dla mnie najtrudniejsze z dotychczasowych. No bo z czym kojarzą się dzikuski Cavalliego? Dla siebie samej i dla moich mniej zainteresowanych modą czytelniczek i czytelników - krótka informacja:

Roberto Cavalli urodził się w 1940 roku we Florencji. Swoją pierwszą kolekcję zaprezentował w paryskim salonie Prêt-à-Porter w roku 1970. Pierwszy butik otworzył w 1972 r. w kurorcie gwiazd - Saint Tropez i od razu zdobył serca bogatej klienteli pełnymi przepychu kreacjami.
Kolejne sklepy otwarte w Wenecji, Paryżu, Nowym Jorku, Mediolanie, we Florencji, na Capri czy w Dubaju cieszyły się od początku swojego istnienia wielkim powodzeniem. Na początku lat 70. Cavalli opracował rewolucyjną metodę umieszczania nadruków na skórze i zaczął wytwarzać patchworkowe akcesoria.Jego znakiem rozpoznawczym od początku były   zwierzęce wzory - cętki, panterka i paski zebry. Projektant łączy je z żywymi, jaskrawymi kolorami i złotem. No i poczułam, że …

Zimowy kapelusz - Winter Hat

DREAM TEAM CHALLENGE



#dreamteamchallenge#dreamteam#zimowykapelusz#winterhat


#dreamteamchallengekapeluszzimawinterhat


No tak.... w ciągu ostatnich dwóch lat poznałam mnóstwo wspaniałych pań, kobiet, dziewczyn.... jak zwał, tak zwał, ale wspaniałych osób kochających modę i ciuchy. Ja tu sobie w kąciku cichutko za Melindą się chowam, a tam wszędzie pięknie. Na tyle pięknie , na tyle wspaniale, że zapragnęłam zrobić co jakiś czas to samo, co niektóre z tych wspaniałych dziewczyn. Post  w określonym dniu o określonej w tytule tematyce - pod egidą DREAM TEAM.

Tylko jest jeden kłopot - jestem z tych, co zimą z gołą głową. Tak, wiem, niezdrowo, narażam się na choroby, łysienie, tracę ciepło przez głowę, zaraz będę jeszcze starsza niż jest i w ogóle samo zło. I zaczęłam w głowie szukać, co ja z tą zimową głową mam. I odkryłam, że jednak coś mam :):):).
Coś, a nawet trzy cosie, wobec tego startuję z tym zimowym kapeluszem.

1. Co jest zimą? Zimno. A co jest jak jest zimno? Śnieg. A jeśli śnieg, to…

Rodzinne pamiątki

Ten post dedykuję Margot z bloga http://iameverywoman.eu - ona już kilka razy napisała o tym, co w moim odczuciu jest bardzo ważne, i co łączy nas z naszymi przodkami - o tym, co trwa w naszych rodzinach, przekazywane z pokolenia na pokolenie, co jest piękne już samą patyną czasu, a co zwykle jest też piękne samo w sobie.

Ze strony mojej mamy moja rodzina dość dobrze zna swoje korzenie, mamy dobrze opracowane drzewo genealogiczne, sporo fotografii, trochę starych książek, i sporo wspomnień. Ze strony mojego taty jest nieco słabiej, ale też sporo wiem. Niestety nigdy nie poznałam mojego dziadka, ojca mojego taty, bo zmarł nim jeszcze moi rodzice się poznali, za to babcię na szczęście tak.

 Ja jednak  nie o historii rodziny chcę tu pisać, tylko o pewnym wyjątkowym przedmiocie, który po babci odziedziczyłam. To maszyna do szycia - cudowna, stara singerka, powstała na początku XX wieku, do dziś działająca.
Niestety zdjęcia są dosyć słabej jakości,  maszyna jest tak ustawiona, że trudno ją…